choroby dzieci, duży wcześniak, gorszy dzień, moje przemyślenia, paranoja, przedszkole dla wcześniaka, rozwój dziecka, w domu

Kiedy skończą się choroby…

To miejsce zawsze było dla mnie przestrzenią do narzekań i w tym względzie się nic nie zmieniło. Ale to nie są już narzekania wcześniacze – tylko takie ogólne. To czym chcę się dziś z Wami podzielić, zrozumie większość rodziców. Nie tylko wcześniaków, ale i dzieci donoszonych, zdrowych.

I pewnie nie powinnam mieć prawa do narzekania, bo przecież wielu rodziców ma gorzej – dzieci są niepełnosprawne, itp., a ja tutaj zamierzam narzekać na wieczne katary… Ale ta kwestia pojawiała się na blogu już nie raz: dla każdego jego własne problemy są największe i najważniejsze w danej chwili. I możemy się o to kłócić, sprzeczać, toczyć wielogodzinne debaty, ale tak już jest. I nie sądzę, żeby cokolwiek to miało zmienić. Dlatego będę kontynuować swoje żale.

choroby przedszkolaka
choroby przedszkolaka

Więc z czym się borykamy – z tym, z czym zmaga się większość rodziców przedszkolaków: mam wrażenie, że co chwila lądujemy u lekarza na wizycie. Prawda, że jestem mamą przewrażliwioną, choć wolę o sobie mówić, że jestem po prostu uważna. Lepiej brzmi i nie dołuje tak bardzo. Kiedyś zastanawiałam się, czy to przewrażliwienie to efekt wcześniactwa Krzysia, czy po prostu ten typ tak ma. Dziś z pewnej perspektywy czasu doszłam do wniosku, że jedno i drugie. Ten początkowy stres spotęgował moje przewrażliwienie. A fakt, że gdybym z moim przewrażliwieniem nie zgłosiła się w porę do szpitala to pewnie Krzysia by z nami nie było, zawsze te emocje podsycał.

I kiedy mogłam być z nim w domu, nie był jeszcze przedszkolakiem, katar nie zwracał mojej większej uwagi, to teraz każdy „gil” urasta do rangi problemu. A, że jak się okazuje „gile” pojawiają się co chwilę, szczególnie teraz w okresie jesieni, to czuję jakby znów wielki ciężar przygniatał mnie i nie pozwalał oddychać. A skąd ten stres z gilami? Jestem mamą, która z gilem nie posyła dziecka do przedszkola, więc tak naprawdę co chwilę mąż, ja i obie babcie zostajemy z nim w domu. I nie chcę tu wyjść na wielkiego społecznika, który nadstawia karku w pracy, by społeczeństwu żyło się lepiej. Może mam to gdzieś z tyłu głowy, ale tak naprawdę to widzę, że takie zostawienie go na dwa czy trzy dni jemu pozwala szybko zregenerować siły i czasem udaje się uniknąć antybiotyku. A to dla mnie wielkie UFFF….

Co prawda nie mogę narzekać, bo mój szef ma trójkę maluchów i doskonale rozumie jak wyglądają początki przedszkola. I o ile on rozumie, o tyle piętrząca się coraz bardziej lista spraw zaległych już taka wyrozumiała nie jest. A że ja jestem człowiek mocno obowiązkowy to mi sen z powiek spędza liczba zaległości jaka pojawia się po każdej „chorobie” Krzysia.

Jak to wszystko skumuluje się z problemami dnia codziennego: tu się jakieś plany rozjeżdżają, tu pojawiało się jeszcze poważne pogorszenie zdrowia kogoś bliskiego, no i oczywiście przerażająca kwota, którą co miesiąc zostawiamy w aptece. No dobrze, może nie jest to fortuna, ale jak mam porównanie ile w ubiegłym roku w tym okresie wydałam na jakieś leki, a ile wydajemy teraz to skok jest ogromny.

Czuję, że niebawem oszaleję. Bo jak nie przeziębienie, to jakaś wysypka, to problemy z wypróżnianiem, to stresy w przedszkolu i milion innych mikro problemów, które zebrane w całość utrudniają mi na chwilę normalne funkcjonowanie. Mówią, że najgorszy jest pierwszy rok w przedszkolu, że dziecko odchoruje co swoje i się uodporni. W sumie dobrze by było, bo właśnie niebawem minie rok, ale znając nasze szczęście to tak dobrze nie będzie. Jakoś nie umiem sobie wyobrazić, ze dziecko normalnie, cały bity miesiąc chodzi do przedszkola, bez jednego dnia nieobecności, bez jednego niepokojącego gila.

2 Comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *