wtorek, 4 października 2016

Postępy, postępy i coraz więcej niezależności

Z ostatnim postem się spóźniłam, więc i ten o postępach się przesunął w czasie. Zazwyczaj pojawiał się 30. każdego miesiąca, czyli w "miesięcznicę" narodzin Krzysia. Dużo ostatnio piszę o tym, że u nas już wszystko w porządku, bo tym z Was, którzy są na początku drogi chcę dać nadzieję. Niestety życie pisze własne scenariusze, więc nie wszystkie historie kończą się happy endem, ale przyjemnie jest wiedzieć, że takie się w ogóle zdarzają.


Od dłuższego czasu w opisach postępów widać to zdjęcie i tylko się liczby na nim zmieniają. Jest dla mnie tak doskonale przedstawiające kim jest wcześniak. Przedwcześnie narodzony bohater. Tak. Takie mam zdanie o wcześniakach. 

Ale co u nas? Dużo. Znaczy dużo więcej jest mówione ;) W poprzednim miesiącu pisałam, że Krzyś tworzy takie dwuwyrazowe zdania. W tym miesiącu usłyszałam: "Misiu patrz, tam  jest okno". Oczywiście na razie pojawiło się raz, ale zrobiłam wielkie oczy, kiedy to usłyszałam. Napisałam po polsku, ale to zostało wypowiedziane w języku Krzysiowym, czyli w takim standardowym zmiękczeniu stosowanym przez dzieci, ale ja tak już sprawnie przekładam to co mówi na polski, że nawet nie umiem powiedzieć jak on to wymówił.

I miś rzeczywiście ostatnio wielu rzeczy się uczy. Ostatnio Krzyś zabrał misia na spacer i pokazywał mu wszystko: samochody, światełka, rowerek, plac zabaw, kopce kretów czy ślimaki. Bardzo ciekawie patrzy się jak dziecko, które Ty uczysz wszystkiego o świecie uczy kogoś innego. Takie odbicie w lustrze ;)

W poprzednim miesiącu pisałam o tym, że żłobek dla Krzysia na razie nie wchodzi w grę. No i tyle z tego mojego pisania co nic. Umowa z przedszkolem już podpisana, zaświadczenie, które pozwala na darmową ospę już jest. Teraz tylko trzeba w zdrowiu doczekać terminu szczepienia, co przy panującej epidemii będzie chyba jakimś cudem, no ale może się udać. 

No i może dziwi fakt, że przedszkole, a nie żłobek. Sprawa jest prosta: większość przedszkolaków u nas w okolicy przeszło do nowo otwartego przedszkola państwowego. Tak więc przedszkola prywatne muszą szukać nowych klientów, więc utworzyli w tym naszym grupę przedprzedszkolną czyli dla 2-latków. Do tego dołożyli taką promocję, że wychodzi połowę taniej niż żłobek. Przechodzą regularnie kontrole z sanepidu itp., opinie mają dobre, jedzenie podobno też - jeszcze nie próbowaliśmy i ogólnie mi się spodobały i ciocie i dyrektorka, więc zdecydowałam, że to miejsce dla Krzysia.

Dodatkowo on od razu zapałał miłością do miejsca. Pierwszego dnia poszliśmy tacy nie umówieni, więc nie udało nam się spotkać z panią dyrektor, więc nas tylko ciocia oprowadziła po obiekcie. No i nie powiem Krzyś był obok mnie. Może nie trzymał kurczowo za spodnie, ale raczej się nie oddalał. Na drugi dzień, już się dowiedziałam w jakich godzinach można porozmawiać z "górą", więc poszliśmy rano. Kiedy ja rozmawiałam o swoich wątpliwościach, Krzyś siedział grzecznie, dopóki nie usłyszał dzieci. Zapytałam czy może i czy chce iść i pobawić się tam sam, bez mamy. Jak się dowiedział, że może to pędem pobiegł do sali. Po skończonej rozmowie weszłam do sali, a on się bawił z jakimś chłopcem samochodem. Oczywiście nie nastawiam się, że etap przyzwyczajania do żłobka minie bez płaczu, ale widzę chociaż, że na 100% sobie poradzi. Z resztą gdybym myślała inaczej to bym zamieszania z przedszkolem nie zaczynała. Oczywiście na choroby jestem przygotowana - babcia czeka już w pełnej gotowości :)

Bardzo bałam się jak to będzie wyglądać jak Krzyś dostanie gorączki w przedszkolu, bo przecież może się zdarzyć. A my mamy zalecenie by przeciwgorączkowy podawać przy temp 37,5, czyli takiej, przy której w większości przypadków nie podaje się leków. Wiem, że są mamy, które wykłócały się o to by upoważnić ciocie do podania leków. Podobno przechodząc skomplikowaną drogę biurokratyczną się tak da, ale darowałam. U nich procedura w takich przypadkach jest inna. Jeśli będzie miał 37 i będzie rosło, to dzwonią do mnie - jeśli nie mogę przyjechać do 30 minut wzywają pogotowie, żeby to oni podali lek przeciwgorączkowy. Oczywiście jeśli temperatura będzie rosła szybciej to od razu dzwonią po leki. Karetka nie będzie od razu zabierać tylko da lek i pojedzie, albo poczeka na rozwój wydarzeń. Gdyby coś się działo to jak do każdego dziecka wzywają karetkę i zabierają do szpitala. 

I może powinnam się buntować, że wydane zostaną pieniądze podatników, żeby mojemu dziecku podać lek, który sama w domu mogę podać mimo, że nie jestem pielęgniarką, ale co zrobić jak takie przepisy? A z drugiej strony myślę sobie - przecież mówimy tu o sytuacji wyjątkowej, która tak naprawdę może się w ogóle nie zdarzyć, więc nie zakładając od razu czarnych scenariuszy zapisałam do przedszkola i już.

6 komentarzy:

  1. Super, że tak łatwo i tanio udało się z przedszkolem :) Nie przejmuj się! Może nie będzie potrzebne podawanie leku na gorączkę, a jeśli już to OBY jak najrzadziej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. Też myślę, że wszystkim to wyjdzie na dobre. Chociaż liczę się z tym, że może nie obejść się bez trudności.

      Usuń
  3. Popieram decyzję. Wszystko będzie dobrze. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.