czwartek, 25 sierpnia 2016

Z dwulatkiem w Tatrach

Za nami wakacje. Może krótkie, ale ja odpoczęłam, maż się zmęczył a dziecko choć szczęśliwe też już miało trochę dosyć. Wyjechaliśmy w poniedziałek, a wróciliśmy w piątek. Dla nas w sam raz. Ponieważ mieliśmy możliwość pobytu w uroczym domku w Tatrach za free wybór był prosty: kierunek Zakopane. A dokładniej okolice Zakopanego. Zapakowaliśmy naszą Pandę po dach i ruszyliśmy. W nocy dołączyli do nas przyjaciele ze swoją 6-miesięczną córeczką. 


W tym samym miejscu byliśmy rok temu i było zdecydowanie lepiej. Krzyś teraz już bez większych problemów znosi zmianę rozkładu dnia, łatwiej zasypia i czerpał więcej radości z wycieczki. Poza tym rok temu szło mi akurat 6 zębów... A żeby było ciekawiej to i teraz nie obeszło się bez ząbkowania, z tym, że padło akurat na mojego męża... To tak by Was rozbawić.

Jechać nocą czy za dnia?

Nasz nocleg za free miał jedną wadę - nie mogliśmy przyjechać, o której nam się podobało. Mogliśmy ruszyć rano i jechać cały dzień, lub wyjechać w nocy i być nad ranem. Na początek wybraliśmy tę pierwszą opcję. Plan był taki, że idziemy normalnie spać, ok. 24 wstajemy, bierzemy Krzysia i jedziemy. Oczywiście auto było już zapakowane. Grzecznie stało i czekało w garażu, aż zechcemy ruszyć w trasę. 

Mieliśmy nadzieję, że Krzyś wzięty z łóżka spokojnie zaśnie i prześpi całą podróż, ale nie. Co prawda było spokojnie i grzecznie, ale nawet jak chciał zasnąć to budziły go światła. A nie za bardzo miałam go jak odciąć od świateł. Szczególnie, że jego niesamowicie fascynował świat nocą. Po kilku godzinach jazdy padł i razem z mamą słodko drzemał. Obudził się po trasie, wymusił na nas postój - co się w sumie i nam przydało. Na postoju dostał jeść, więc dalej trasa minęła już szybko i miło.

Wracaliśmy za to w ciągu dnia. Nieudany dzień poprzedni (o czym później) natchnął mnie pomysłem: a może zamiast przez cały dzień się tutaj błąkać, podjedziemy do Krakowa, tam zjemy obiad, pospacerujemy i wieczorem ruszymy do domu. A zawsze już będziemy mieć trochę bliżej. I oczywiście liczyliśmy, że Krzyś zaśnie w drodze do Krakowa, bo ostatnio polubił drzemki przed obiadem, ale przecież nie może być tak jakbyśmy chcieli. Efekt był taki, że obiad co prawda zjedliśmy, ale na szybko i od razu zdecydowaliśmy się uciekać do domu. Naiwnie liczyliśmy, że po tylu atrakcjach Krzyś w aucie będzie spał długo... O głupi rodzicu... My utknęliśmy w korku, gdyż nawigacje odmówiły posłuszeństwa. Krzyś pospał 1,5 godziny i płacz i marudzenie zaraz po obudzeniu. Wtedy pożałowaliśmy naszej jazdy w dzień. Nie dość, że korki, to dziecko chce biegać a nie siedzieć w aucie.

Na szczęście na postoju mu przeszło, a ja całą drogę wykazywałam się, wraz z mężem oczywiście, kreatywnością w snuciu opowieści. Po drodze oczywiście roboty drogowe, co miało tę zaletę, że mogliśmy podziwiać sprzęt budowlany w trakcie pracy. Dla męża może słaba atrakcja, ale Krzyś był zachwycony. I tak nam jakoś podróż mijała. Dopóki nie trafiliśmy na protest. Ja rozumiem, że ludzie mają ważne sprawy do załatwienia, ale czemu nie blokują wyjazdu tym urzędnikom, którzy odpowiadają za sytuację, która budzi ich sprzeciw? No nic. Staliśmy w korku, bo znów nasze nawigacje dały ciała. 

Kiedy już wróciliśmy na trasę mieliśmy wrażenie, że już jesteśmy w domu. Jeszcze tylko chwila i zaraz będziemy w naszym gniazdku. Ale nie. Wypadek na trasie szybkiego ruchu. I tak z 6 pasów, zrobił się jeden... Dobrze, że my wpadaliśmy z boku, ale niektórzy stali w 10-kilometrowym korku. Potem tylko normalne warszawskie korki i dom. Ale już na tej końcówce ja wymiękałam, Krzyś też. I nie ukrywam, że włączyłam mu bajkę i tyle. Już nie miałam sił, a jemu też się nie chciało słuchać moich wywodów i nawet książeczek już nie chciał... Padłam i tyle. 

Jaki morał? Podróż w nocy jest trudna dla kierowcy, ale jedzie się sprawnie. W dzień trzeba mocno nagimnastykować, żeby zająć malucha. Można trafić na korki i podróż się wydłuży. Plus trzeba zaliczyć kilka postojów więcej niż jadąc nocą. Ale pewnie jeszcze kiedyś spróbujemy jazdy w dzień. Może nie trafimy znów na takie korki? A to było zdecydowanie dużo mniejsze obciążenie dla kierowcy, który cały poniedziałek czekał tylko, żeby się móc przespać i odpocząć.

Nasza wycieczka

Już zdradziłam, że nie wszystko się udało, ale to zaraz. Zacznijmy od początku. W poniedziałek dotarliśmy. Chciałam, żeby mąż się trochę przespał, więc ja z Krzysiem ruszyliśmy na spacer. Niestety nie mieliśmy za bardzo gdzie spacerować, więc po godzinie już wróciliśmy. Zrobiliśmy obiad i ruszyliśmy do Zakopanego. Nie to, że tak go uwielbiam, ale mieliśmy blisko, a wyczytałam w internecie, że jest tam jakiś plac zabaw. Adres zdobyłam taki: między Krupówkami a ulicą Grunwaldzką. Super. Żeby te ulice nie były do siebie równoległe, a plac zabaw byłby oznaczony jakoś na mapie to bym wiedziała gdzie iść, a tak czekały nas poszukiwania. Wykorzystując swój spryt i umiejętności detektywistyczne przeszukałam wyznaczony obszar na mapie z podglądem z satelity. Miałam nadzieję, że zobaczę po prostu plac zabaw, ale nie. Za to zobaczyłam plac budowy w parku i pomyślałam, że może to tam. Miałam rację. Muszę pochwalić Zakopane za plac zabaw. Krzyś bawił się świetnie. Naprawdę sporo atrakcji dla maluchów. Plac zabaw znajdziecie w Parku Miejskim Imienia Marszałka Józefa Piłsudskiego. Polecam miejsce, bo tętni zupełnie innym klimatem niż Krupówki.

Drugiego dnia byliśmy już pełnym składem i postanowiliśmy zacząć delikatnie: ruszyliśmy na Dolinę Kościeliską. Razem z tysiącami innych osób. Nie lubię zatłoczonych miejsc, plus my szliśmy tempem Krzysiowym, tzn. wszyscy nas musieli omijać, ja się bałam, ze za chwilę mi zniknie w tłumie, albo w strumieniu. Ale szliśmy. Doszliśmy do Polany Pisanej i wróciliśmy. Jak szliśmy chyba ze 2 czy 3 godziny, tak wróciliśmy w niecałą godzinę, bo Pan Krzysztof udał się na drzemkę. Z nami byli rodzice 6-miesięcznego brzdąca. I o ile nam spacerówka się przydała, to oni wózek mogli w sumie zostawić w domu. Mała nie chciała im leżeć, bo za mocno nią telepało na tych wertepach. Dużo bardziej jej się podobało w nosidle. Przytulona brzuszkiem do mamy spała słodko, albo się rozglądała. 

Ponieważ miałam dosyć tłumów i takie miałam silne pragnienie pójść w trochę mnie popularne miejsce wybraliśmy się w Dolinę Małej Łąki. Krzyś szedł dzielnie i bardzo mu się podobała trasa tyle, że tego dnia akurat musiał wstać o 5, ponieważ natura wzywała i już po dokonanym akcie wypełnienia pieluchy nie było mowy o ponownym zaśnięciu. Ale wydawało nam się, że był w dobrej formie, więc nie zmienialiśmy planów. Mieliśmy pożyczone od Oli z Komarowej Sfory  nosidło. I o ile w domu dał się w nie zapakować o tyle na szlaku wpadł w taką histerię, ze pożałowałam w ogóle wyjścia w góry tego dnia. Mnie tam już spływa, że wszyscy się patrzą na wyrodną matkę, albo coś sobie komentują, ale spacer z dwulatkiem na ręku nie jest łatwy, szczególnie jeśli Twoje dobre buty padły dzień wcześniej i idziesz w adidasach... Potem Krzyś zaliczył 1,5 godzinną drzemkę na ławce przy strumyku. Było by dłużej, ale nam już brakowało pomysłu na pozycje. Plus nasi znajomi, którzy poszli dalej, trochę zboczyli z trasy przez co już mieli obok nas nie wracać, więc trzeba było powoli kierować się w ich stronę. I tak popsułam wyjście nam: bo doszliśmy nigdzie, zobaczyliśmy nic i tylko się zdenerwowaliśmy, że nam się tak rozpłakał. No i popsułam wyjście przyjaciołom, którzy chyba wcale tam nie chcieli iść, zrobili to tylko dla nas, a my jeszcze zostawiliśmy ich samych... A trzeba było jechać na Chochołowską - tam byśmy mogli zabrać wózek. Morskie Oko to jeszcze nie dla nas, bo Krzyś chciałby iść, a 18 km to by sam nie przeszedł.

No i ostatni dzień to jak pisałam był jeden wielki powrót...

Na koniec polecę Wam kilka miejsc, w których jedliśmy i było dobrze i smacznie.
  • Jagoda -  to istny raj dla smakoszy słodyczy na Krupówkach. My tam zawsze wpadamy na gofry. Ostatnio skusiliśmy się na ciasta i też było pysznie.
  • Lody w podwórku - nie znalazłam ich strony, jedynie recenzję na blogu Obżarstwo. Trąci tam PRL, ale kolejki są krótsze nich w tych lodziarniach na Krupówkach, a lody różane, czy piwne są naprawdę przyjemną odmianą. 
  • Pstrąg górski - może super tanio nie jest, ale jest smacznie, jadłam tam kilka razy, moi znajomi też tam jadają i nikt nie spotkał nieświeżego jedzenia. Tłumy są, ale jest też strumyk ;)
  • Karczma u Świadka - pysznie było i niezbyt drogo. Nasi znajomi jedli tam któryś raz i byli zachwyceni wcześniej i teraz też. Restauracja nie jest mocno oblegana, ale bardzo klimatyczna i jedzenie jest świeże.
  • i w Krakowie Chaczapuri - restauracja gruzińska. Na przystawkę dostaliśmy chlebek i trzy sosy - o dziwo Krzyś zajadał się tym ostrym. A mięso wołowe było tak miękkie, że mogłam dzielić kawałki dla Krzysia jedną ręką. Zdecydowanie warte swojej ceny. 
I to by było na tyle. Wracam powoli do rzeczywistości i do obowiązków oczywiście.

10 komentarzy:

  1. No to się działo.....Powiem ci, że współczuję, gdy dziecko nie spi po drodze, bo nasza młoda dużo przesypiała jazdy na wakacje :) Dopiero teraz jak już ma większy fotelik i spanie w pozycji siedzącej jest niewygodne to wracanie późnym wieczorem jest dla nas katorgą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście, że dużo nie marudził, ale było to wyzwanie by zapewnić mu rozrywkę.

      Usuń
  2. A ja z mężem i naszą półtoraroczną corcią byliśmy nad morzem w Rowach. Efek tego wyjazdu? Świadomość ze przez najbliższe dwa lata spędzamy wakacje w zaciszu domu.
    Nie wiem jak ludzie organizują sobie wyjazdy z dzieckiem, ale ja wymiękłam i wróciłam bardziej zmęczona niż byłam. Pozdrawiam��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to prawda, że dla mnie przyjemnością było bycie zmęczoną w innych okolicznościach po prostu ;)

      Usuń
  3. Gratuluję choć tak krótkiego urlopu. Mniej lub bardziej udany ale zawsze coś innego :-)
    Pstrąga też znamy i lubimy, aczkolwiek siedzenie przy samym strumieniu (na dworze) jest dla nas zbyt męczące ;-) no i szkoda że krzesełko do karmienia, które nam zaproponowali było gigantyczne i nie miało pasów, jednak ja mam na to już patent ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My nad strumyk tylko wychodziliśmy i było przyjemnie. A Twój patent widziałam u Ciebie na blogu - bardzo fajny.

      Usuń
  4. Działo się u Was, oj działo, ja wciąż zabietam się za wpis o wakacjach ;) I restauracja gruzińska w Krakowie to faktycznie niezwykłe miejsce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O u Was to będzie na pewno wesoło i tłocznie ;)

      Usuń
  5. My jadąc zawsze wybieramy porę nocną i tak było teraz gdy podróżowaliśmy na Węgry całą noc dziewczynki spały, a rano gdy się obudziły już byliśmy na miejscu. Bo w dzień jadąc gdzieś dalej autem uwierz mi w naszym aucie można postradać zmysły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My pewnie jeszcze raz spróbujemy i potem się poddamy ;)

      Usuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.