piątek, 5 sierpnia 2016

Uważaj o co pytasz

Wychodzę z Krzysiem na plac zabaw i na spacery bardzo często i na jak najdłużej. Głównie z lenistwa. Bo wytrzymanie z tak aktywnym dzieckiem w domu przekracza moje możliwości. Wspina się wszędzie i po czym się tylko da. Na balkonie sam nie może zostać, bo wspina się po balustradzie. Ostatnio wdrapał się na szafkę. Niedużą, do tego dostał się na nią po krzesełku i stoliku, ale jak zobaczyłam, że stoi na wąskiej szafce i z dumą układa sobie misie to mi serce zamarło. Okno w jego pokoju to już od dawna mam zabezpieczone.

Ale wracając do tematu: wychodzę na plac zabaw i obserwuję różne zachowania rodziców.

Taka sytuacja: dziecko się bawi i mama/tata/babcia/ktoś tam chce już zabrać pociechę z placu zabaw, więc mówi: Kochanie idziemy już do domku, dobrze? Na co dziecko spogląda głęboko w oczy i mówi NIE, po czym wraca do zabawy. A rodzic stoi skołowany i nie wie co ma ze sobą zrobić. No bo co może? Albo powiedzieć do dziecka: Ale mnie to nie obchodzi i idziemy do domu, albo uszanować wolę dziecka. 

I tak naprawdę większość rodziców wybiera tę drugą opcję. Widzę na ich twarzach poczucie bezradności. Nie jest tak,  że mi się nie zdarza zadać takiego retorycznego pytania, na które moje dziecko odpowiada  i to zupełnie niezgodnie z moimi zamiarami, ale jak się pilnuję to udaje mi się z góry wygrać "walkę" o wyjście z placu zabaw, czy w innych sytuacjach.Wszystko to kwestia odpowiednio dobranego pytania.

Pierwszą osobą jaką poczęstowałam moim sposobem wyczytanym chyba w Języku niemowląt (a może Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły) była moja mama. I biedna, nawet nie była świadoma, że cały czas daje dziecku do zrozumienia, że jego zdanie nie ma dla niej znaczenia. Mama pyta, Krzyś odpowiada, a ona robi po swojemu. 

W mądrych książkach piszą, że taki schemat utrwalany przez dłuższy czas może dawać o sobie znać nawet w dorosłym życiu dziecka. Dziecko rośnie z przekonaniem, że jego zdanie, ono same, nie ma większego znaczenia, bo wszystko i tak dzieje się mimo jego woli. Czy tak jest - ja wiem? No może i coś w tym jest, ale na pewno da się z tym żyć i da się to w sobie zmienić.

I gdzieś z tyłu głowy mam tę teorię na uwadze, ale dla mnie najważniejsze jest to, że ułatwia mi to życie i ogranicza liczbę konfliktów. No dobra: o czym ja tu w ogóle piszę? Jak ja wychodzę z placu zabaw: 
- Krzyś, musimy iść do domu. Idziemy od razu czy jeszcze chwilę chcesz się pobawić?
- Idziemy do domu. Zakładasz buty sam (bo chodzi na boso po placu zabaw) czy mama ma pomóc?
- A czasem mówię tylko: Jest 10. Nasz czas na placu zabaw minął. Musimy iść do domku, zrób papa papa i idziemy. 

I idziemy. Często gdzieś słyszę jak mamy innych dzieci, mówią do nich, że powinny być tak grzeczne jak Krzyś. No to prawda, że on jest grzeczny i poukładany, ale nie lubię takich porównań. Od razu przypomina mi się co ja czułam, kiedy moja mama mówiła: Zobacz one to potrafią mieć same piątki i szóstki... A ja się czułam gorsza. Więc może coś w tych psychologicznych wywodach jest?

Jak działają te pytania? Podobno dziecko jest tak zaabsorbowane możliwością decydowania, że zapomina niemalże o tym czego chciało. Oczywiście nie jest tak, że dziecko zawsze ochoczo zadecyduje i podąży za własnym wyborem. Ale moim zdaniem kluczem jest konsekwencja: powiedziałeś tak, to robimy tak. Nawet jak zmieniłeś zdanie. Tak, tak. Właśnie w takich chwilach rozbrzmiewa płacz i ryk, ale dzieci są mądre i szybko łapią o co chodzi. A jeśli nie odpowie? To sama decyduję i tyle. 

U nas sprawa jest też prosta ze względu na dość sztywny plan dnia. Jeśli szykujemy się do kąpieli, a on zaczyna wyciągać zabawki to wystarczy, że powiem: Pora zabawy już minęła, teraz będziemy się kąpać. Będziesz mógł się pobawić jutro. I Krzyś wie, że ma się iść kąpać. Tak samo jest ze spacerami. Wystarczy, że powiem, że czas spaceru już minął i już wracamy do domu.Trudniej jest wrócić wieczorem, kiedy on już jest zmęczony i nie ma argumentu: Wyjdziemy się pobawić jeszcze po drzemce. Ale tu też mamy patent: tata wracając z pracy wchodzi na plac zabaw i Krzyś wie, że to sygnał do wyjścia. Grzecznie macha Papa i idzie zadowolony, bo tatuś wrócił.

Nie mówię, że opisane tu metody są jedyne i dla wszystkich. Wiadomo, że nie u wszystkich się sprawdzi regularny plan dnia. Znam wiele osób, które próbując go wprowadzić wpadały w większe rozdrażnienie niż przed, ale może ktoś szuka rozwiązania i moje sposoby staną się inspiracją dla Waszych własnych rozwiązań. 

6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Bardzo prosta technika, a naprawdę ogranicza liczbę konfliktów.

      Usuń
  2. Czasem źle zadane pytanie może doprowadzić i rodzica i dziecko do obłędu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nawet wiem jakie pytanie doprowadza Was do obłędu...

      Usuń
  3. Popieram ten tekst w 100%. Dwie ważne rzeczy: powtarzalność dnia i sposób rozmawiania z dzieckiem (konsekwencja). Sama kiedyś o tym pisałam i ma to dla mnie ogromne znaczenie. Dzięki temu dziecko czuje się poważnie traktowane, rodzic ma nadal możliwość decydowania i unikamy stresujących sytuacji. Tak prowadzona rozmowa powinna mieć miejsce codzień. :):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze wiedzieć, że to nie tylko u nas tak działa :)

      Usuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.