wtorek, 5 lipca 2016

Przestać się bać

Dziś to nie będzie poradnik, a raczej bezradnik. Przyznam się do głęboko skrywanych lęków i strachów. Tych wszystkich irracjonalnych i tych trochę bardziej rzeczywistych... Czyli dziś o matce paranoiczce. 


Zacznijmy od podstaw: kim jest matka paranoiczka? To ktoś, z kogo się cicho w sercu podśmiewałam jeszcze będąc w ciąży. To mama, która z każdą bzdetą biegnie do lekarza, w każdym zdarzeniu widzi zdarzenie potencjalnie śmiertelne, albo przynajmniej poważnie zagrażające zdrowiu. Mama, która roztrząsa każdy najdrobniejszy szczegół i zawsze się zastanawia czy aby dziecku nie robi krzywdy.

Zawsze mnie takie mamy bawiły (kiedy sama jeszcze dziecka nie miałam). Uważałam, że gdzieś przy porodzie utraciły dużą część swej dawnej inteligencji. I nigdy nie przypuszczałam, że taką właśnie mamą się stanę. Zawsze chciałam z lekkością łapać złoty środek i zawsze kierować się zdrowym rozsądkiem.

I tak naprawdę to często się zastanawiam nad tym: czy ja zostałam zaprogramowana do bycia mamą paranoiczką czy też tak silnie podziały na mnie pierwsze doświadczenia z bycia rodzicem? Czy gdyby Krzyś urodził się o czasie, zrodzony w bólach i ogromnej euforii, gdzie dostał by 10 zamiast tych 2 punktów - to czy ja byłabym inną mamą? Czy bała bym się mniej? 

Ogólnie jakoś radzę sobie ze swoją paranoją, ale ostatnio coraz bliżej jest chwili, w której on będzie musiał pójść do żłobka czy też przedszkola, a ja już przeżywam i zachodzę w głowę jak tego uniknąć. W jaki sposób odciągnąć ten okres chorowania.

Zapytacie pewnie czemu tak to przeżywam i czemu chcę odwlekać to co nieuniknione? Każda jego choroba zbija mnie z nóg. Nawet przy lekkim katarze wracają do mnie jak bumerang emocje jakie czułam zaraz po porodzie. Każda z mam wcześniaków zna ten lęk o to jak się to wszystko zakończy, każda mama, która patrzyła jak dziecko z jej winy walczy o życie też wie o jakich emocjach mówię. Innym nie umiem wytłumaczyć. 

I ja po-nie-w-czasie uświadamiam sobie, że to głupie i że przesadzam, ale to już po. A w trakcie infekcji czy innych tego typu zdarzeń jest panika, popłoch i absolutny brak zdrowego rozsądku. Lęk o to czy wszystko będzie dobrze narodził się we mnie w chwili jego narodzin i rośnie we mnie wraz z upływającym czasem. Ja oczywiście wiem, że i dzieci urodzone o czasie chorują i dzieją im się gorsze rzeczy i choroby niż nam, ale tak naprawdę (niech mi wszyscy wybaczą szczerą prawdę) kiedy moje dziecko choruje to w nosie mam cały świat i inne chore dzieci. Liczy się dla mnie tylko moje dziecko.

Szczytem wszystkiego jest nawyk, który w sobie wyrobiłam: tzn. całowanie w czoło. Oczywiście w resztę ciała też jest całowany, ale całuję go w czoło regularnie (nawet o tym nie myśląc i czasem nie zdając sobie z tego sprawy - tak to we mnie wrosło), żeby sprawdzić czy nie rośnie mu temperatura. Chore, co nie? No i możecie mi mówić, że tak. I że powinnam wyluzować i przestać się zamartwiać. Możecie mi mówić, ja sama sobie mówię i obiecuję sobie codziennie, że tak się stanie,  że przestanę żyć w wiecznym strachu, ale to niczego nie zmienia. 

Choroby psychiczne powinno się leczyć i ja coraz częściej myślę, że chyba też swoją paranoję powinnam skonsultować z lekarzem. Bo się czuję jakbym miała rozdwojenie jaźni, bo z jednej strony moje dziecko jako jedyne biega po placu zabaw na boso i robi wiele rzeczy, na które inni paranoicy nie pozwalają swoim pociechom, a z drugiej strony ten paraliżujący lęk o jego zdrowie... Nie potrafię nawet wyłączyć niani na noc, bo co będzie jak on dostanie drgawek a ja nie usłyszę? Bo płacz usłyszę, ale te koszmarne drgawki...

Ostatnio kuzynka mnie pyta czy pojedziemy razem na wakacje zagranicę. A moja pierwsza myśl: a jaka tam jest opieka medyczna, a jak ja się dogadam z lekarzami, bo skoro przy chorobie dziecka kiepsko rozumiem język polski to co dopiero dawno nieużywany angielski? Z resztą z angielskiego to ja znam terminy techniczno-budowlane, a nie medyczne. I w tej chwili z wielką siłą poczułam to piętno matki paranoiczki.

Długo broniłam samą siebie przed takim stwierdzeniem i bałam się przyznać, że właśnie taką mamą jestem. Właśnie w tej chwili, kiedy patrzyłam w jej pełne zdziwienia oczy, zrozumiałam, że jestem absolutnie nienormalna, a co gorsze nie wiem jak się tego paskudztwa pozbyć... 

Jak przestać się bać? Jest tu jakaś mama wcześniaka, która taki etap ma już za sobą i ma jakąś złotą radę? 

14 komentarzy:

  1. Doskonale rozumiem <3, niestety nie mam żadnej rady :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak czułam, że z tą radą może nie być łatwo...

      Usuń
  2. Czytam Cię i czuje to samo i napisałabym to samo, ten strach i lęk ten sam...jak w dniu w którym usłyszałam w jakim stanie jest moje dzicko...
    Ja jestem na początku tej drogi paroniczno-wczesniaczego-strachu.
    Moja mama, która 33 lata temu urodziła wcześniaka mówi, że lęk i strach zawsze przy niej jest.... teraz tylko inną przybrał formę (bardziej dorosłą-bardziej świadomą)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli to nie odpuszcza, nawet po takim czasie...

      Usuń
  3. Jestem mamą dwóch chłopców urodzonych o czasie i Bianki urodzonej w 24 tc. Uczucia które towarzysza mi teraz kiedy od 2 miesięcy jest z nami w domu są tak inne i tak przerażająco paranoiczne że nie wiem jak to będzie dalej. Kiedy któryś z chłopców tylko pociągnie nosem faszeruje go wszelkimi witaminami, kroplami i broń boże żeby zbliżył się do pokoju w którym przebywa mała.... dostaję białej gorączki gdy pomyślę o wrześniu gdy chłopcy wrócą do szkoły i przedszkola.... więc rozumiem Cię, rozumiem doskonale

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No 24 tydzień to absolutnie inna bajka (tak podejrzewam) od naszego 30. Życzę dużo siły, bo jak widać w komentarzu powyżej - ten strach nie odpuszcza.

      Usuń
  4. Cóż Ja mogę? Cóż Ci mogę doradzić, gdy sama, niby od początku "przygotowana" nie raz, nie dwa, zapętliłam się w swoich obawach i strachu. I nie, nie uważam, że jest z Tobą coś nie tak, to Twoja ogromna miłość do syna popycha Cię w to szaleñstwo, ale pôki jesteś świadoma tych lęków, póki nie zatracasz prawdziwego obrazu swojego syna, póki dajesz mu wolność poznawania, wszystkiego co nowe, jesteś poprostu mamą zatroskaną, ale taką samą jak Ja i pewnie wiele innych mam, które czują to samo i radzą sobie z tymi lękami. A to że raz gorzej, raz lepiej, takie jest życie, nie zamęczaj się myślami, pogódź się z nimi, a będzie ci łatwiej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A żebym umiała się z tym pogodzić to było by mi super łatwo :)

      Usuń
  5. O! Bardzo dobrze Cię rozumiem! Chociaż we mnie lęki się pojawiły z zupełnie innych powodów, bo żadne z dzieci nie walczyło o życia na starcie - ja po prostu mam problem z nerwicą od daaawna, więc w momencie, gdy zostałam mamą, moje największe lęki zaczęły się wiązać z dziećmi. I też z boku tego nie widać, bo pozwalam na szalone zachowania dzieciakom, tłumiąc strach w środku i budząc się w nocy z walącym sercem, bo MOŻE któreś z dzieci jest chore itp...
    Rady nie znalazłam poza jedną: w chwilach panicznego strachu polecam dzieciaki ich patronom i aniołom stróżom. Zwłaszcza wizja potężnych świetlistych postaci pilnujących śpiących dzieci jest w stanie sprawić, że zasypiam znowu spokojnie. I w ciągu dnia mogę funkcjonować wiedząc, że nie jestem w stanie wszystkiego przewidzieć i przed wszystkim uchronić moje dzieci - ale ktoś mocniejszy nad nimi czuwa.
    Pozdrawiam ciepło:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twojej wiary Ci zazdroszczę. Pomódl się czasem za mnie, żeby moja wiara wróciła, bo jak podglądam Twój blog to myślę, że mogło by być dużo łatwiej gdybym umiała tak wierzyć...

      Usuń
  6. Nie chcę, żeby to zabrzmiało fanatycznie, ale wiara uwalnia od panicznego lęku i daje spokój.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będę może powtarzać komentarza powyżej, więc napiszę tylko, że wiem o tym.

      Usuń
  7. Nie jestem mamą wcześniaka i moje obawy są w pewnym stopniu tak nasilone jak Twoje, kiedy się urodził silny, zdrowy, cudowne z 10pkt. w terminie zaczęłam mieć obawy o wszystko - dosłownie, niestety to tylko depresja poporodowa, która z czasem po prostu zanikła, jednak dała mi w kość, była tak silna, że nie potrafiłam własnego dziecka wykarmić piersią, gdzieś w moje głowie - ,,coś" dało mi tak w kość, że nie dałam rady karmić piersią, z biegiem czasu, nie wiem co to było, czy podświadomie nie chciałam... kurcze po prostu nie wiem. Teraz, żałuję, że tak jak inne cudowne mamy, karmią ,,nektarem życia". Dziś mija 5 miesięcy i 1 tydzień, kiedy mój synek na świecie, je mleko sztuczne, wprowadzam różne pokarmy.
    Jednak, miesiąc temu trafiliśmy do szpitala, przyczyna ? - bezobjawowe zapalenie płuc, obudziło mnie trząchanie wózka, miał drgawki od temperatury, sine usta, zwymiotował, podkurczone nóżki, płakał..... w ciągu 5 minut byliśmy w szpitalu. Teraz każde jego pokasływanie sprawia we mnie ,,Boże a jak jemu coś jest!!", dopatruje się we wszystkim - CZEGOŚ, potrafię dopatrywać się w pieluszce niedoskonałości w którym coś może być - ,,bo może coś". Jednak sama siebie staram się strofować.
    NIE NIE JESTEM ZŁĄ MATKĄ - jestem najlepszą jaką tylko mogę, też jestem człowiekiem, mam uczucia, emocje, mój organizm czasami jest przemęczony i wściekły, ale jestem matką, która kocha i moja intuicja i pewnie jak wszystkim ,,normalnych" mam dookoła również działa.
    Nie dziwie się Tobie, że reagujesz na swoje dziecko w ten sposób, ponieważ tak je kochasz, że chcesz uchronić nawet od kataru, niestety tak się nie da. Uwierz mi !
    Bóg czuwa (jestem wierząca), a Ty dla swojego dziecka jesteś Aniołem Stróżem, wciąż na dobre i złe, co do sprawdzania temperatury, robię podobnie, od wylądowania w szpitalu w ciągu dnia potrafię sprawdzać mu 20 razy temperaturę i również całując.
    BĘDZIE DOBRZE - musi być!!!
    Sama wiesz co najlepsze jest dla Ciebie i dziecka.
    Ale jeżeli czujesz, że Twoje zachowanie Cię męczy, może rzeczywiście warto skonsultować to z lekarzem. Pamiętaj ! Szczęśliwa mama- szczęśliwe dziecko :)
    Pozdrawiam WAS bardzo gorąco.
    matkapolka89.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż się trochę wzruszyłam czytając Twój komentarz. O tym, że nie tylko mamy wcześniaków tak mają wiem doskonale. Teraz pracuję z mamami i wiem, jak wiele z nich przechodzi coś podobnego jak my. To trudne, ale masz rację będzie dobrze, bo musi być :) Czasem po prostu każdy ma gorszy dzień.
      Wam też dużo sił życzę.

      Usuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.