niedziela, 5 czerwca 2016

O tym jak bałaganiara uczy porządku

Nie jestem perfekcyjną panią domu. Oj zdecydowanie. Wiem, że w moim domu jest wiele miejsc, które testu białej rękawiczki, by nie przeszły. Ale lubię stan domu, który określam jako "w miarę ogarnięty", a mąż z racji zawodu określa go jako "niestwarzający zagrożenia". W pewnym momencie zauważyliśmy, że nasz dom tonie w zabawkach i jakoś zupełnie nie umieliśmy tego ogarnąć. I wpadłam na pewien pomysł, mój własny, autorski. Pod poprzednim postem dostałam komentarz, że mama "nie miała by serca" do takiego rozwiązania. Nie był to komentarz o jakimś negatywnym wydźwięku, ale skłonił mnie do napisania tego wpisu. Sami zobaczcie, czy jestem bez serca czy też (jak to sobie sama tłumaczę) po prostu chcę pewnych rzeczy nauczyć moje dziecko.


Może i jestem zbyt surowa. Często to słyszę. Bo nie chcę dziecka wziąć na ręce za każdym razem, bo jak mówię nie to mówię nie (a przynajmniej bardzo się staram), no i jeszcze uczę 2-latka porządkować swoje zabawki. Być może wymagam od niego za dużo, być może się znęcam nawet, ale wbrew temu wszystkiemu moje dziecko jest szczęśliwe, wie, że jest kochane. I to nie tylko przez mamę i tatę, często wymieniam mu wszystkie osoby, które go kochają (i o dziadku, który jest w niebie też nie zapominam) by wiedział, że wokół jest wiele osób, dla których jest ważny.

A na czym polega nasza nauka porządku. No to muszę zacząć od tego jak funkcjonują u nas ogólnie zabawki. Jako, że ja jestem człowiekiem, który nawet na system ma system ;) to i zabawki rządzą się pewnymi prawami. Otóż Krzyś nie ma ciągłego dostępu do swoich wszystkich zabawek. W salonie i w jego pokoju stoi po jednym koszu wypełnionym po brzegi zabawkami i do tych zabawek ma dostęp nieograniczony. Przez cały dzień może je sobie stamtąd wyciągać i wkładać. Przenosić z jednego pokoju do drugiego. Nic mi do tego, to jego zabawki. Kiedy po kilku dniach znudzą mu się te zabawki chowamy jeden kosz (on wybiera który) i zamieniamy na inny kosz z zabawkami. 

I o tak to już funkcjonuje od baaardzo dawna u nas. Chodzi nam o to, że nie chcemy non-stop kupować nowych zabawek, bo stare go już nie interesują. A tak schowane nawet na 3-5 dni po ponownym wyjęciu zyskują na atrakcyjności i Krzyś jest nimi wciąż zainteresowany. Plus ma ogromną frajdę, kiedy wyciągamy pudło, bo już raczej nie pamięta każdej jednej zabawki, która tam jest, więc musi odkrywać i szukać. I on to bardzo lubi.

Przejdźmy do tego sprzątania. U nas wszystko idzie zgodnie z grafikiem i planem. I tak przed kąpaniem jest czas sprzątania zabawek. Czyli my mówimy: czas posprzątać zabawki i idziemy się kąpać. Czasem mówię mu, że kosz to takie łóżeczko dla zabawek i one tam chcą iść spać. I potem razem sprzątamy. Chodzi mi tylko o to, żeby wyraził chęć do sprzątania. Nie musi wrzucić każdej jednej zabawki, tylko żeby wrzucił chociaż kilka. I zazwyczaj to dla niego frajda i to lubi, ale są takie dni "buntu" kiedy nie chce mu się i już. 

Przy pierwszej takiej sytuacji nie za bardzo wiedziałam jak zareagować. Zagrozić brakiem kąpieli? Niby spoko, kara jest, ale co jeśli on nie będzie chciał sprzątać zabawek przez miesiąc? Za każdym razem odmawiać kąpieli? A jak go uśpię po zachwianiu rytuału? Nie, nie, rytuał rzecz święta, tego nie ruszamy.

No to co można zrobić? Ja wychodzę z założenia, że dzieci różnymi zachowaniami, powszechnie uznawanymi za niegrzeczne, testują granice. Na co sobie mogą pozwolić, a na co już nie. A naszym zadaniem nie jest karanie, tylko pokazywanie tych właśnie granic. I u nas granicą w tym przypadku jest to, że jak rodzice mówią, że trzeba sprzątać to trzeba. No i właśnie - a jak mu się nie chce?

No to liczymy do trzech (kolejny nasz system), jeśli w tym czasie nie wyrazi chęci współpracy wtedy rodzice sprzątają zabawki. Tylko, że w konsekwencji rodzice je chowają na 2 tygodnie (myślę, że to dla takiego malucha dość długi czas), czyli nie wrócą do niego przy kolejnej podmianie. Nie chodzi nam o wymierzanie kary, tylko by wiedział, że jego czyny i decyzje mają swoje konsekwencje. Nie odbywa się to w atmosferze złości czy jakiś negatywnych emocji. Mówimy nie chcesz to nie, ale musisz ponieść konsekwencję czynów. Tak po prostu, bez większych emocji.

Niektórzy pewnie stwierdzą, że uczenie dzieci o konsekwencji swoich czynów w wieku dwóch lat to za wcześnie. Tylko, że jak przyjrzymy się żłobkom to tam się tego uczą dzieci tak "przy okazji" i nikomu się krzywda nie dzieje. Osobiście nie widzę w tym nic złego. Tak wygląda życie. 

I tak, czasem widzę, że chciałby poczytać jakąś książeczkę, która jest schowana, albo pobawić zabawką, która jest schowana, ale kurcze czy nas nigdy nie spotykają rzeczy, które nas smucą? Moim zdaniem trzeba dać dziecku szansę uporać się z takimi emocjami, by w dorosłym życiu nie mieli z tym problemów. 

8 komentarzy:

  1. Bardzo dobre podejście. Podziwiam za cierpliwość, pomysłowość i konsekwencję w egzekwowaniu zasad i wyznaczaniu granic. Wasz Krzyś to szczęściarz - czuje się bezpiecznie w uporządkowanym otoczeniu (i mam tu na myśli nie tylko posprzątane zabawki;). Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że tak jest :) A cierpliwości to mi czasem brak w tym egzekwowaniu zasad. Już nie raz mam ochotę to rzucić w kąt, ale wtedy widzę, że jemu tych zasad rzeczywiście brakuje. Mimo, że się "buntuje" przeciwko nim, to widzę, że ich potrzebuje.

      Usuń
  2. Gdzieś przeczytałam, że chowanie zabawek do kosza/pojemnika to nie sprzątanie, a upychanie i wlasnie takiego upychania uczy ;) Widzę po sobie, że coś w tym jest ;) Też miałam taki duży kosz jako dziecko i zeby wyjąc z niego zabawki trzeba było go przewrócić, a potem "sprzątanie" polegało na wrzuceniu zabawek jak popadnie do środka. Takie "sprzątanie rynku" zostało mi do dziś ;) Dlatego my robimy inaczej. Mamy małe pojemniki na zabawki np na lego, niskie regały. Dzięki temu dziecko może łatwo uporządkować zabawki. Ale... pomimo codziennego rytuału jakim jest śpiewanie specjalnej piosenki do sprzątania i robienie tego zawsze przed kąpielą nasz synek zwykle wrzuca tylko kilka klocków, odkłada parę książeczek, a resztę sprzątają rodzice. No i właśnie, czy wymaganie by posprzątał wszystko to za duzo na tak małe dziecko? Czy on będzie pamiętał, że schowano mu zabawki, bo nie posprzątał? I czy wreszcie, bez zabawek nie zacznie "roznosić" domu ;)))? Takie mam watpliwości, ale sam zamysł uczenia porzadku i ponoszenia konsekwencji swoich czynów bardzo popieram.
    Pozdrawiam
    Autorka komentarza pod poprzednim wpisem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie bardzo wiem skąd pomysł, że on musi sam wszystko posprzątać? Jak pisałam w poście, mi zależy żeby wykazał chęć do sprzątania. Wrzucił jedną dwie zabawki, a resztę pomagamy mu sprzątnąć, bo podobnie jak Ty uważam, że nie jest w stanie posprzątać wszystkiego. Małe pojemniki u nas się nie sprawdzają.
      A co do pytania czy będzie wiedział dlaczego ma schowane zabawki, tak on już to rozumie. Trwało to chwilę zanim zrozumiał, ale teraz już wie.

      Usuń
  3. Takie sprzątanie rodziców na dłuższy czas to dobry sposób :) Ja tez odliczam do trzech, nie zawsze z oczekiwanym skutkiem, ale próbować trzeba :)
    Oj tam zaraz surowa....po prostu pilnujesz dyscypliny i super :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudne jest to pilnowanie dyscypliny, ale już widzę, że warto podjąć ten trud.

      Usuń
  4. Mi się podoba Twój pomysł, każdy ma swój własny sposób na wychowanie dziecka, a najważniejsze w tym wszystkim, żeby i rodzice i dziecko było szczęśliwe i czuło się kochanym. :)
    No i ja tam nie uważam, żeby nauka sprzątania w wieku dwóch lat to było za wcześnie. Wiadomo, że dwulatek nie wysprząta sam całego pokoju, ale wrzucanie klocków do pudełka czy po prostu zabawek do kosza, to też taka forma zabawy i dzięki temu maluch zacznie uważać sprzątanie za coś naturalnego - nie będzie to smutny obowiązek, do którego rodzice zmuszają.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.