wtorek, 7 czerwca 2016

Jak nie popaść w paranoję?

Wokół nas kleszcze, szkodliwe promieniowanie, spaliny, niezdrowe jedzenie i szkodliwe kosmetyki. A umysł matki chłonie. Pochłania te wszystkie lęki i strachy. Ja niektórym staram się śmiać w twarz, ale czasem.... czasem są takie chwile, kiedy to te paranoje śmieją mi się w twarz.


Za nami bardzo fajny weekend. Odwiedziliśmy dziadków, którzy mieszkają na wsi. Jeszcze w drodze do nich opowiadałam Krzysiowi, że będzie mógł z babcią iść na pole i zobaczyć jak rosną truskawki, a nawet zjeść taką truskaweczkę prosto z krzaczka. Co z resztą uczynił. Okazało się, że nasz młodzieniec uwielbia truskawki, ale tylko na polu. I nie ważne czy z krzaka czy z łubianki - byle by na polu. Jak ta sama łubianka stała na podwórku to już truskawki nie smakowały.

Ale wracając do tematu. I zaraz po tych moich opowieściach o podbojach pola mąż rzucił żartem: "A kleszcze? Przecież kleszcze atakują". Na co ja, ciągnąc żartobliwy ton: "Och, no zapomniałam się przejąć. Może jutro." I w takich oto radosnych nastrojach zażywaliśmy sielskiego wiejskiego życia. 

Wróciliśmy do domu, ale wciąż nam było mało, więc obdzwoniliśmy przyjaciół i znaleźliśmy takich, którzy akurat wychodzili na plażę. Niewiele myśląc dołączyliśmy do nich. Dalej w dobrych nastrojach, bez kleszczy czy innych nieprzyjemności.

A na tej nadwiślańskiej plaży, dalej sielanka. Siedzieliśmy na kocyku, rozmawialiśmy i rzucaliśmy piłkę pieskowi. Było miło i kształcąco, bo oczywiście jak plaża to boso. I nasz maluch też przemierzał świat na bosaka. Nawet woda obmyła mu stopy, czyli doznań miał sporo, a radości jeszcze więcej.

I w całej tej sielskości nagle coś dostrzegłam. Najpierw zauważyłam tylko jak się błyszczy, sięgam i widzę: IGŁA. No i cała sielskość prysła, a w głowie zostały tylko myśli: kto się tym tu kuł? A może raczej: na co choruje ta osoba, poza uzależnieniem? AIDS, WZW czy jeszcze jakieś inne paskudztwa? I wtedy właśnie naszła mnie myśl: jak nie popaść w paranoję? Bo z jednej strony moim obowiązkiem jest strzec dziecko przed niebezpieczeństwami, a z drugiej pozwolić mu poznawać świat.

I jak to pogodzić? Pojęcia nie mam. Cały dalszy pobyt na plaży mijał mi na patrzenie pod stopy dziecka, czy na coś nie nadepnie. Nawet zastanawiałam się czy może mu jednak tych butów nie założyć i zakazać chodzenia boso. No i niby mogę, ale przekonanie go do zdjęcia butów nie było łatwe. W piaskownicy nie chce zdejmować, co oczywiście u mnie zaraz zapala lampkę "Przyglądaj się uważnie, bo może to zaburzenia SI". Szargana przez paranoje z wielu stron, wciąż się waham na ile pozwalać, a na ile nie.

Staram się, żeby strach nie przejął na nowo kontroli nad naszym życiem. Dlatego dziś rano wyszliśmy na spacer i ponad pół godziny, siedzieliśmy na brudnym pomoście, w towarzystwie licznych owadów i pod leszczyną, która dawała cień. I tak siedzieliśmy i patrzyliśmy na pływające kaczki i inne ptaszki, które zaszczyciły nas swoją obecnością. I powiem szczerze, że na tym brudnym pomoście, pełnym zarazków i drzazg, które tylko czekają by wbić się w nasze ciała, było pięknie, magicznie i tak po prostu przyjemnie.

6 komentarzy:

  1. O tak, trudno w tych czasach ni popaść w paranoję. Ale grunt to widzieć swoje błędy i starać się je naprawiać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najtrudniejsze dla mnie jest znalezienie tego złotego środka między troską o bezpieczeństwo a pokazaniem świata i zachęcaniem do jego odkrywania.

      Usuń
  2. W kleszczowej paranoi twój mąż mojego nie pobije i dobrze o tym wiesz ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem. Z niego właśnie nabijaliśmy się jadąc do dziadków ;)

      Usuń
  3. Chyba każdy rodzic sobie to powtarza. Moja mama pamiętam jak często mi mówiła przysłowie:
    "Małe dzieci spać nie dają, duże dzieci żyć nie dają".
    No i jak tu nie panikować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszy raz słyszę to powiedzenie, ale chyba tak to jest.

      Usuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.