sobota, 23 kwietnia 2016

Zajęcia "Mama i ja"

Chyba jeszcze tu na blogu nie pisałam o tym, że Krzyś chodzi na zajęcia "Mama i ja". A może powinnam napisać rehabilitację? Pewnie powinnam, ale wolę słowo zajęcia, bo rehabilitacji mam już po dziurki w nosie. A czemu piszę ten post? Bo o wszystkich naszych specjalistach i przygodach zdrowotnych piszę, więc i tego nie pominę.


Na zajęcia te trafiliśmy, ponieważ wciąż jesteśmy objęci opieką Dziennego Ośrodka Rehabilitacji Neurologicznej. I oczywiście znów gdzieś usłyszałam, że po co dzieciaka ciągam na rehabilitację jak jej nie potrzebuje. I to fakt, już po pierwszych zajęciach widziałam, że problemów nie ma, ale i tak jeździliśmy. Dlaczego? Bo Krzyś lubi i się trochę nowych zabaw nauczyliśmy.

No właśnie: ZABAW. Piszę ten post także po to, żebyście nie bały się takich zajęć jeśli dostaniecie na nie skierowanie. Zaraz dokładnie opiszę na czym te zajęcia polegają, ale założenie jest jedno: dzieci mają wypracować to nad czym mają pracować przez zabawę. Nie ma tu mowy o jakiś katuszach, czy męczeniu dzieci - tu wszystko dzieje się przez zabawę. A czy dzieci płaczą? Płaczą. Szczególnie jeśli, nie tak jak my, naprawdę mają jakieś problemy z integracją sensoryczną, lub problemy społeczne. Ale po to na zajęciach są rodzice, żeby udzielić dziecku wsparcia.

A jak wyglądają same zajęcia. Są podzielone na kilka etapów, które są stałe, Zmieniają się zabawy, ale punkty ramowe pozostają niezmienne. Każdy z tych punktów ma jakiś ukryty sens, ale jaki... nie wiem, bo jakoś aż tak mnie temat nie zainteresował. Wiem, że podczas tych zajęć terapeuci (u nas była rehabilitantka i pedagog - nie wiem czy wszędzie jest taki zestaw) oceniają rozwój fizyczny, czy dziecko rozumie i umie wykonywać polecenia, czy reaguje na polecenia osób obcych, poziom koncentracji i chyba coś jeszcze, ale mi umknęło z pamięci. 

Wracając do samych zajęć. Na początku jest przywitanie. Siadamy w kółku i po kolei każde dziecko jest witane. To które jest akurat witane dostaje zabawkę, którą ma się bawić, kiedy inni śpiewają. Jaki tego cel? Na pewno ćwiczyło cierpliwość u dzieci i oczekiwania na swoją kolej. Poza tym dzieci uczyły się dzielenia, ponieważ kiedy zostały przywitane musiały podejść do jakiegoś dziecka i oddać mu zabawkę. Moim zdaniem uczyło również koncentracji, kiedy jest jakiś hałas, ale może to tylko takie moje rozważania. 

Potem bawimy się w dmuchanie balonika i kółko graniaste. I przyznam szczerze, że pojęcia nie mam czego to miało uczyć. Zabawa fajna, nie powiem, ale czemu akurat to? Może chodziło o to, że dziecko miało podać rękę obcej osobie, bo niektóre miały z tym problem. A może fizjoterapeutka chciała zobaczyć jak dzieci biegają? Ona zawsze stała z boku i obserwowała i nam oczywiście zwracała uwagę, że Krzyś układa nogi w "W". To to i ja sama wiem. Walczymy z tym, ale łatwo nie idzie.

Potem ciuchcia pierwsza, tzn. zadanie wysiłkowe dla rodziców, bo to ćwiczenie przypominające brzuszki, tyle że robisz je z dzieckiem. I tu na pewno chodziło o ćwiczenie mięśni brzucha.

Potem ciuchcia druga, czyli dzieci siadają na wałku, w ręku trzymają kierownicę, a rodzic ma bujać wałkiem w rytm muzyki. Czego uczyło nie wiem, ale Krzyś uwielbia to ćwiczenie i nawet sam w domu organizuje sobie taki wałek i chce żeby mu śpiewać i bujać wałkiem. Pewnie chodziło tu o równowagę i umiejętność naśladowania, bo dzieci miały jeszcze powtarzać ruchy, które pokazywała ciocia. 

Kolejne są chyba zadania na integrację sensoryczną, bo tu się zabawy często zmieniały. Jest łażenie po torach przeszkód (Krzyś się czuł jak ryba w wodzie, nawet na kujących wycieraczkach), były zabawy, w których dzieci były przykrywane chustą, bawiły się w basenie z kulkami. Ot takie aktywne zajęcia. 

Jeszcze były takie zabawy z wstążeczką. Dziecko miało po niej chodzić, poruszać nią, zwinąć w rączce i rzucić, albo gdzieś schować. Z tym Krzyś miał problem. Znaczy taki problem, że wstążeczki nie chciał dotykać, a tym bardziej zwijać. Ale odnosić zawsze chętnie odnosił ;)

Stałym elementem było też przeciąganie się na ławeczce. Na pierwszych zajęciach myślałam, że to dla Krzysia za wcześnie, ale dla niego chyba nic nie jest za wcześnie :) A na czym to polega? Dziecko kładzie się na kocyku na brzuszku. I leżąc tak na ławce ma się chwytać rączkami ławki i podciągać, żeby się przesuwać. Chyba po 3 czy 4 zajęciach Młody załapał i już dalej sunął bez problemu.

Kolejna zabawa wymagała od rodziców siły, bo dziecko trzeba było zawijać w kocyk, wozić na kocyku, i uwaga bujać w kocyku. Tak zdecydowanie siłka już nie potrzebna :) Początki były trudne nie powiem, a teraz Krzyś potrafi przynieść kocyk i chce, żeby w domu też mu tak robić.

I potem kolejny tor przeszkód. Dzieci tu czasem na początku mają siedzieć i czekać razem z rodzicami na ławeczce, czasem mają pomagać układać elementy toru. Rożnie bywało. Ten tor również Krzyś lubił. Zaczynał się od schodów, więc już wiadomo, że u Krzysia jest love. A że schody z pianki to się uginały, to jeszcze bardziej mu się podobało. I potem różne rzeczy się działy, a to tunel, a to jakieś dyski, trampoliny, a to skoczki, a to równoważnie. No istny tor z przeszkodami.

I szczerze po tym torze wydaje mi się, że już był czas relaksu. Ale może jeszcze coś było? Chyba nie. I właśnie na koniec taka chwila wyciszenia. Robiliśmy dzieciom masażyki, odpoczywaliśmy i przytulaliśmy. Na koniec oczywiście piosenka i pożegnanie.

Czyli o tak właśnie sobie wymęczałam dziecko przez 45 minut :) Czas mi zawsze mijał błyskawicznie. A czemu właściwie używam czasu przeszłego? Bo praktycznie zakończyliśmy zajęcia i już nas tam nie chcą. Z jednej strony szkoda, bo na NFZ taka fajna zabawa, a z drugiej bardzo się cieszę, że nas nie chcą, bo to kolejne potwierdzenie, że wszystko jest dobrze.

8 komentarzy:

  1. Cieszę się, że jest u Was dobrze :) może w końcu odetchniesz? PS. Co oznacza, że Krzyś układa nóżki w literkę "W", czyli jak? Nie mogę sobie tego wyobrazić :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pupą siedzi na podłodze, a nogi są zgięte po bokach - ja tak nie umiem usiąść.

      Usuń
  2. Mój Lokiś też siada często w literkę W. Poprawiam go, ale co z tego, skoro przejdzie kawałek i za chwilę bum, jak siedzi to już znowu w literkę W. Fajne zajęcia :). My chodzimy na różne zajęcia, co prawda nie w celach rehabilitacyjnych tylko bardziej integracyjnych ;), do Ene-Due :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas to samo - nie idzie wyplenić nawyku.

      Usuń
  3. Mi pediatra zwróciła uwagę, że synek powinien siedzieć "po turecku". Próbuję go tego nauczyć, ale bez rezultatu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi mama mówiła, żeby go uczyć po turecku, ale mi wystarczy walki z tym "W" i go nie uczę.

      Usuń
  4. Najważniejsze, że Ty i dziecko jesteście zadowoleni, bo chodzić " z z musu", to cieżka sprawa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to moja mama powtarzała: z niewolnika nie ma pracownika :) Nikt nic nie lubi robić pod przymusem.

      Usuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.