środa, 6 kwietnia 2016

Bunt mojego dwulatka

Pod ostatnim postem z postępami Krzysia w komentarzu pojawiło się słowo "bunt", trochę oszołomiona zaczęłam przeszukiwać sieć, żeby się dowiedzieć co to za jeden i jak z nim walczyć. No więc zaczęłam zgłębiać wiedzę i po przeczytaniu pierwszego artykułu zaczęłam się śmiać. Uzmysłowiłam sobie, że bunt u nas jest. I nie wiem czemu on się nazywa "buntem dwulatka" skoro u nas pojawił się jeszcze przed pierwszymi urodzinami...


Zamierzałam zacząć od tego czym jest bunt dwulatka, ale nie. Od razu powiem, że nie rozumiem całego zamieszania i straszenia się nawzajem tym strasznym okresem w życiu. No właśnie, w czyim życiu? W życiu rodziców oczywiście. Dla dziecka to kolejny sposób zdobywania umiejętności. Owszem nie jest to nauka łatwa, ale konieczna, jeśli ma wyrosnąć na osobę, która umie sobie radzić w życiu. Osobę, która da radę nawet jeśli coś się nie uda, podniesie się i pójdzie dalej.

Bo tego w moim przekonaniu musimy nasze dzieci nauczyć. Musimy im pokazać, że kiedy życie rzuca im kłody pod nogi, mają się wziąć w garść, zrobić z nich tratwę i płynąć dalej. Brzmi to bardzo surowo, ale tak nie jest.

O tym, że nie jest to proste by wytrzymywać ten płacz i wymuszenia to nikt nie musi nikogo uświadamiać. Mi samej również się zdarza nakręcić się tak mocno, że potrzebuję wyjść do pokoju obok, albo wziąć kilka głębszych oddechów, żeby nie wybuchnąć gromkim "Zamknij się wreszcie". Czy mi się zdarzyło? W tej wersji rzadko, ale tak. Częściej łagodniej, ale tak, też mi się zdarza nie zapanować nad emocjami. Ale to też chyba nie oto chodzi, żeby nauczyć dziecko bycia cyborgiem, który zawsze zachowuje się tak jak powinien. Moim zdaniem chodzi o to również, żeby pokazać, że tak i owszem możesz coś zrobić źle, ale trzeba pokazać co robić, kiedy zachowasz się niewłaściwie.

Chyba w książce Tracy Hogg "Bunt dwulatka" przeczytałam, że nasze dzieci tak łatwo wpadają w histerię i tak ciężko się im z niej otrząsnąć, ponieważ przy histerii mieszają im się wszystkie bodźce - zupełnie nie wiedzą czy to co się dzieje to one to czują czy słyszą czy widzą itd.. Wynika to z niedojrzałości układu neurologicznego, która jest w tym wieku zupełnie normalna. Dzieci w przypływie złości (złości z powodu pozornie błahego) doznają właśnie takiego splątania emocji i odczuć i wpadają w histerię.

Dlatego ja staram się najmądrzej jak umiem pomóc mu w tych sytuacjach. Czy robię tak jak trzeba? Myślę, że źle nie jest, bo w grupie na którą chodzimy jest zaliczany do dzieci "grzecznych". A jak mu pomagam?

Po pierwsze konsekwencja. Jakie to krótkie wyrażenie i może się wydaje, że to takie proste. Przecież po prostu w tych samych sytuacjach masz zachowywać w określony sposób i przestrzegać tych samych zasad. No bułka z masłem. Jeśli ktoś próbował/próbuje to wie ile w tych słowach było ironii. Bo zawsze oznacza zawsze i nie ma wyjątków. Nie zależnie od tego czy się gdzieś spieszysz, czy źle się czujesz, czy pół nocy nie spałaś, bo coś tam. Zawsze ma być zawsze. A poza tymi wymówkami to przyznam szczerze, że czasem po prostu zapominam, że czegoś mu zabroniłam. Albo co gorsza nie wiem, że tata tego zabronił, albo odwrotnie on nie wie, że ja czegoś zabroniłam. Ale jak pisałam - nie uczę dziecka, że trzeba być ideałem.

Po drugie staram się wyjaśniać mu jego emocje zanim dojdzie do histerii. Chyba to nic nie objaśnia - spróbujmy na przykładzie. Byliśmy na placu zabaw i chłopiec bawił się samochodem, który oczywiście wzbudził zainteresowanie Krzysia, więc ten postanowił odebrać mu zabawkę. Wkroczyłam ja i powiedziałam, że nie może się nią teraz bawić bo chłopiec ewidentnie nie chce się bawić razem i Krzyś musi poczekać, aż tamten skończy. No i rozległ się płacz. Płacz taki, że już wszyscy widzieli, że nadchodzi histeria. Na co: "Ja rozumiem, że jest ci smutno, że nie możesz się teraz pobawić, ale takie są tutaj zasady". I nastąpiła cisza. Babcia siedząca na przeciwko o mało nie spadła z ławki, a Krzyś jakby nigdy nic podbiegł do huśtawki i bawił się dalej. Czy zawsze działa? Oczywiście, że nie, ale jakieś efekty na koncie są i to się dla mnie liczy.

Jak jesteśmy przy emocjach: akceptuję WSZYSTKIE emocje dziecka. Już kiedyś pisałam o tym, że malutkiego jeszcze Krzysia nauczyliśmy wyrażać złość, co wprawiło w przerażenie moją mamę. - Ale jak to? Przecież takie maleństwo nie może się złościć. Really? Może i małe, ale swój rozum i swoje pragnienia ma. Ale ta akceptacja daje jeszcze coś mi - wiem, że te wybuchy złości i płaczu nie są wynikiem moich błędów tylko normalnym etapem w rozwoju. Trudnym, ale normalnym. I ta świadomość daje mi siłę do punktu następnego.

Daję mu możliwość samodzielnego opanowania emocji. Ładnie brzmi, ale chodzi tu o wyryczenie się, a to już takie piękne i łatwe nie jest. Oczywiście nigdy nie zostawiam go samego, nigdy go nie odpycham, kiedy chce się przytulić (choć nie biorę na ręce). Jestem obok i on wie, że sobie nie pójdę. Ale po prostu nie zwracam uwagi na te płacze i krzyki. Nie roztrząsam tego. Jeśli widzę, że jest taka możliwość to kontynuuję rozpoczętą pracę, np. dalej wkładam pranie itp. Dla osoby postronnej to przeżycie niezbyt miłe - moja przyjaciółka powiedziała mi, że ona wezwała by MOPS gdyby była naszym sąsiadem. No cóż. Każdy radzi sobie jak umie, a moi sąsiedzi na szczęście całe dnie pracują, a jak wracają to Krzyś już śpi :) I oczywiście kiedy widzę, że sytuacja wymknęła się spod kontroli przechodzę do punktu następnego.

Drobna manipulacja, czyli przekierowywanie uwagi. Kiedyś działało jako zapobieganie histerii, tzn. Krzyś zmierzał w stronę zakazanego obszaru - to zamiast wyciągać go stamtąd na siłę odwracałam jego uwagę pokazując mu jakąś ciekawą zabawkę, lub pytając o coś (typu: a gdzie auto ma koła) lub prosiłam o coś co lubi robić ("Włączysz zmywarkę?"). Ale niestety w tym kontekście to już powoli przestaje działać. No cóż Młody się uczy... Teraz wykorzystujemy przekierowanie uwagi, kiedy histeria już jest i wtedy proszę go o wykonanie jakiejś czynności która wymaga skupienia uwagi. I tu najlepiej sprawdzają mi się przyprawy. To jest coś co zazwyczaj nie budzi jego zainteresowania, ale nie zna tego więc go od razu ciekawi. I w ten sposób wysypujemy sobie różne ziarna, liść laurowy czy goździki a ja go proszę, żeby pomógł mi to pozbierać.

A przede wszystkim staram się unikać sytuacji "histeriogennych". Jeśli wiem, że Krzyś w sklepie z zabawkami dostaje szału to go tam nie zabieram. I wiele rzeczy staram się zaplanować tak by jak najbardziej ograniczyć mu nadmiar wrażeń, które mogły by doprowadzić do rozregulowania Krzysia. Na czym to u nas polega? Jeśli w ciągu tygodnia mieliśmy masę wrażeń to w weekend nie spotykamy się z przyjaciółmi w galerii handlowej tylko raczej zapraszamy ich do siebie.

Czy jest coś jeszcze? Oczywiście, że tak. Dużo, dużo miłości i uwagi. Bardzo dużo czasu poświęcam na wspólne zabawy. A raczej inaczej - staram się go angażować w to co robię. Ostatnio wielkie zdziwienie ogarnęło moją kuzynkę (matkę dwójki dzieci), kiedy robiłam sałatkę razem z Krzysiem. Wiadomo, że takie zaproszenie do wspólnych czynności w domu to dla dziecka większa frajda niż jakiekolwiek zabawki i ja z tego korzystam najbardziej jak się da.

No i na koniec: trzeba znaleźć coś co wyciszy nasze dziecko. U nas to jest masaż Shantala (dziwne by było gdyby nie, prawda?), czytanie książeczek, przytulanie oraz piosenki (głównie takie z misia albo relaksujące melodie - chyba Krzyś się zorientował, że mama nie ma talentu i już nie chce żeby mu śpiewać).

To tak wygląda nasz bunt. Trwa nieprzerwanie od kilku dobrych miesięcy i nie mam nadziei, żeby szybko zniknął. Radzimy sobie z tym i staramy się po prostu nie skupiać na histeriach, a zauważać fajne sytuacje, np. takie kiedy Krzyś sam bez upraszania, odliczania itp. opuszcza plac zabaw, grzecznie rusza na spacer a potem wraca do domu. W takich sytuacjach jak ta zawsze może liczyć na pochwałę, a kiedy przychodzi histeria na wsparcie. I tyle z mojej strony na temat buntu.

14 komentarzy:

  1. Pobuncie dwulatka, jest ten trzylatka i czterolatka i tak aż do 18 albo i później - ja to nazywam dojrzewaniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale potem jest jeszcze bunt nastolatka... Oszaleć można

      Usuń
  2. U nas okres buntu rozpoczął się w okolicy roczku, ale to na razie kwestia wyznaczania granic typu "nie wolno bawić się przedłużaczem, szklanką, itp." i jak to mądrze określiłaś stusuję "przekierowanie uwagi" ;-)
    A z tym MOPSem nie miej za złe, gdybym Was nie znała, to chyba dobrze że los płaczącego tak mocno dziecka nie jest mi obojętny. Lepiej jak ktoś sprawdzi czy nie dzieje mu się krzywda niż słuchać w TV, że kolejne dziecko było ofiarą przemocy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MOPS mnie rozbawił i pozazdrościałam Ci, że ryk jaki dla mnie jest codziennością dla Ciebie jest czymś aż tak abstrakcyjnym, bo nieznanym...

      Usuń
  3. No, bunt dwulatka jest trochę inny niż rocznego dziecka, bo dziecko jest inne i ma inne możliwości (większe :D). Także ja widzę wyraźnie jak właśnie zaczyna na "nie" być Ela - niby wcześniej też była, ale inaczej... Z chłopakami podobnie.
    Jestem po takim dni że mam ochotę całą trójkę wysłać na księżyc z biletem w jedną stronę i piękne teorie wychowawcze dzisiaj jakoś do mnie nie przemawiają, choć je znam. Może jutro ;)
    Hihi co do MOPSu - ja się dziwię, że do nas jeszcze nikt policji nie wezwał :P na szczęście mamy wyrozumiałych sąsiadów, którzy rozumieją, że małe dzieci = duża dawka hałasu niekiedy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak szczerze to uważam, że teorie wychowcze i takie tam to się wprowadza jak ma się jedno dziecko. A przy trójce (a za chwilę czwórce) metoda jest jedna - przetrwać. Popraw mnie jeśli się mylę ;)

      Usuń
  4. Przejrzyście, jasno, konkretnie! Cała Ty :) dzięki za ten wpis

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu ja jestem inżynierem. Jak widać z krwi i kości tyle że ostatnio niepraktykującym.

      Usuń
  5. Napisałaś genialną ściągę w pigułce dla rodziców, myślę, że nie jednej osobie się przyda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, bo to nie jest łatwy okres, ale no cóż nikt nie mówił, że będzie łatwo.

      Usuń
  6. Trafiłaś w sedno! Mądry wpis. Staram się postępować tak samo, duzo tłumaczyć, odwracać uwagę i pozwalać dziecku na wiele, o ile jest to bezpieczne i nie krzywdzi innych.

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękny post. I to jest właśnie rodzicielstwo na szóstkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A na grupie na mnie krzyczą, że co ze mnie za matka, bo na zbyt wiele mu pozwalam... Ale wolę Twoją opinię ;)

      Usuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.