sobota, 13 lutego 2016

Nasz pobyt w szpitalu

Wielu z was śledzi mnie również na facebook, więc wiecie, że Krzyś trafił do szpitala 30 stycznia. Wspominałam o tym również w poście o postępach, który z racji pobytu w szpitalu mocno się opóźnił. Teraz minęło już trochę czasu. Ja ochłonęłam, więc może uda się pominąć zbędną dramaturgię. Może się uda, ale nie obiecuję.


Powinnam chyba zacząć od początku - dlaczego trafił do szpitala. I tu historia powinna być krótka - dostał gorączki, od gorączki drgawek i wezwaliśmy pogotowie. To tak w skrócie. Ale skoro to blog osobisty mogę sobie pozwolić by podzielić się moimi myślami i przemyśleniami.

Strasznie nas psychicznie skopał ten pobyt w szpitalu. Nie tylko dlatego, że Krzyś złapał tam wirusa, który wydłużył nasz pobyt o dodatkowe kilka dni. Żeby wyjaśnić czemu, muszę trochę rozwinąć historię.

Od dłuższego czasu starałam się przekonać męża, że nie musimy się już tak bardzo martwić o Krzysia. Wszystko idzie w dobrym kierunku i żadne paskudztwo się nie ujawnia, więc możemy trochę wyluzować. Możemy zacząć normalnie wychodzić i pozbyć się lęku o to czy Krzysiowi nic nie będzie. Tak, gdzieś tam zawsze z tyłu głowy to nam siedziało. Ale teraz już zaczęło odpuszczać. My też zaczęliśmy odpuszczać.

I tak wymyślałam randkę. Przyjechała moja mama, a my mieliśmy spędzić cały dzień robiąc rzeczy, których już od dawna nie robiliśmy. Iść do kina, powłóczyć się trochę, zjeść fast fooda na obiad i iść na lody. Mąż nawet odpalił Ładę (ma taką z rocznika '88) i pojechaliśmy. Pojechaliśmy mimo, że Krzyś miał temperaturę 37,2. Ale szła górna czwórka i sądziłam, że to od zęba. Więc zostawiłam babcię tylko z instrukcją, że może mniej jeść i żeby mu rozdrabniać jedzenie, bo w kawałkach nie będzie chciał jeść. I pojechaliśmy.

Naprawdę spędziliśmy fajny czas. Na początku trochę spięci, ale poszliśmy na film, na obiad. Trochę szopingu i człowiek czuje, że żyje. Poszliśmy na kawę już całkiem wyluzowani, bo przed chwilą babcia napisała, że Krzyś śpi. Mąż już miał wstawać po nasze zamówienie, kiedy zadzwoniła babacia: Krzyś ma drgawki, jest nieprzytomny i nie mogę go dobudzić - dzwońcie na pogotowie.

Do tej pory jak sobie przypomnę to mi się serce zatrzymuje (a jednak nie da się bez dramaturgii). Czas mi się zatrzymał, a ja myślałam tylko o jednym - żeby się babci wydawało. Przyjedziemy do domu i okaże się, że niepotrzebnie spanikowała. Głupio myślałam, bo moja mama nie jest pierwszą lepszą panikarą, ale jakoś tak trzymałam się tej myśli.

Drogę do domu pokonaliśmy niebywale szybko. Miny innych kierowców były przednie, kiedy super ekstra auto było wyprzedzane przez Ładę z 88 roku. Ale mąż gnał nieustraszenie. Przyjechaliśmy tuż przed karetką. Weszłam i zamarłam. Co prawda Krzyś był już przytomny, ale tak jakby nie był. Patrzył na mnie i mnie nie widział. Płakał tylko przeraźliwie. Moja mama blada - a nie jest łatwo jej wystraszyć. Biorę go na ręce, a on się przelewa. Jakby zupełnie nie miał kontroli nad ciałem. Wtedy zrozumiałam, że to nie był fałszywy alarm.

Przyjechało pogotowie i nas zabrało. Niosłam mojego malucha na rękach i starałam się nie myśleć. Skupiłam się na działaniu. W karetce wypytałam ratownika o wszystko co mi przyszło do głowy. Jaki to był miły i cierpliwy człowiek. Podniósł mnie na duchu i to bardzo i jestem mu ogromnie za to wdzięczna.

Na SORze się nami szybko zajęli i szybko też dostaliśmy się do lekarza. A Krzyś wciąż bez władzy nad ciałem. Nawet nie myślałam o tym czy tak może mu zostać. Nie chciałam się pogrążać w złych myślach, bo wiem, że on by się bał jeszcze mocniej. Chciałam przekazać mu moją siłę i wiarę w to, że będzie dobrze. Ale czy sama w to wierzyłam? Nie wiem.

Oczywiście zatrzymali nas na oddziale, bo trzeba obserwować. Trafiliśmy w sobotę. Jak pech to pech. Więc całą niedzielę spędziliśmy kwitnąc, bo przecież nikt nam badań nie zrobi, ani się nie zajmie jak należy. Znaczy nie to, że byliśmy jacyś zaniedbani, ale nie mieliśmy lekarza prowadzącego - ten miał się zjawić dopiero w poniedziałek.

Dobrze, że lekarz nas przyjmująca dużo mi opowiedziała o tym co się będzie działo, na jakie badania czekamy i trochę mnie uspokoiła. W sumie to ja sama też się już uspokoiłam, bo Krzyś zaczął odzyskiwać kontrolę nad ciałem, a nawet nawiązywał kontakt - umiał wykonać proste polecenia typu pokazać gdzie kokoszka dziobała itp.

I tak czekaliśmy na badanie dna oka i ekg oraz kontrolę u kardiologa. Wszystkie badania wyszły dobrze, ale niestety przechodząc przez SOR złapaliśmy norowirusa i mimo, że już byłam przygotowana, że następnego dnia opuszczamy szpital to w nocy Krzyś zwymiotował. Pierwszy raz w swoim życiu. I tak przy okazji naszły mnie przemyślenia: dawniej rodzice nie mogli zostawać na oddziałach z dziećmi co uważam za znęcanie się nad dzieckiem, no ale tak było. Do dziś pamiętam jak ja byłam w szpitalu w wieku lat 4 czy 5 i jak przeżywałam, że mamy nie ma. A potem przywieźli chłopca w wieku Krzysia - jak on płakał za mamą... do dziś to pamiętam. Ale wracając do Krzysia: zwymiotował pierwszy raz w życiu. Nie wiedział co się dzieje, ani co robić. Był w takim szoku, że dalej leżał na plecach. Gdyby mnie tam nie było to by się pewnie zadławił. Masakra. No, ale byłam i nic się nie stało.

I tak właśnie zostaliśmy o te kilka dni dłużej. Te kilka dni dłużej pozwoliło nam poznać sąsiadów zza ściany (bo my byliśmy w separatce). I wokół nas były same wcześniaki. No dobra ja wiem, że do szpitali trafiają nie tylko wcześniaki, ale kurcze - jeśli poznaję historie pięciorga dzieci i każdy to wcześniak to dało mi to do myślenia. Oczywiście do myślenia o naszej przyszłości w czarnych barwach. Jakoś dopadły mnie takie myśli, że my pewnie też co chwila będziemy lądować w szpitalu i znów złapałam doła.

Sprawy nie ułatwia fakt, że drgawki nie były jednorazowym przypadkiem. On tak po prostu reaguje na zbyt wysoką temperaturę i jeśli nie uda się jej zbić (a już w szpitalu zobaczyłam jak potrafi szybko rosnąć temperatura) to powtórzą się znów. Pani doktor powiedziała, że oczywiście zdarzają się przypadki, że dziecko ma jeden taki incydent, ale raczej zazwyczaj jest ich około 5-6. Pocieszające co nie? Teraz już wiem, że wcale nie trzeba jechać do szpitala od razu tylko obserwować dziecko, a potem jak już wszystko się uspokoi zgłosić się do lekarza i znów zrobić badania.

Czekamy jeszcze na EEP. Trochę mnie zastanawia czy uda nam się zrobić tak, żeby o 18 był padnięty i zasnął. Ma ktoś jakieś doświadczenia? Chętnie posłucham. Można komentować jako anonim. A jeszcze tego samego dnia zaczynamy zajęcia Mama i ja... super po prostu.

Ostatnio rozmawiałam z dziennikarką z Wprost (w poniedziałek ma się ukazać artykuł o wcześniakach, jakby ktoś był zainteresowany) i ona co prawda mamą wcześniaka nie jest, ale swoje też przeszła. Pocieszała mnie, że z czasem człowiek coraz mniej się boi, że jest coraz bardziej pewny tego, że będzie dobrze. Może tak kiedyś będzie, ale jeszcze nie teraz...

15 komentarzy:

  1. Przeraził i zasmucił mnie twój post :( oby już was to więcej nie spotkało! Powiedz mi czy wiesz skąd w ogóle temperatura się u Krzysia podniosła? I jak zaraził się norowirusem? I dlaczego mam wrażenie, że nie wyjaśniono Wam wszystkiego dokładnie, w sensie co się stało, że Krzyś tak reaguje, jak macie postępować, by takich sytuacji uniknąć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz takie wrażenie, bo nie opisałam tutaj tego. Ale poinstruowano nas bardzo dokładnie co i jak dalej robić.
      Temperatura prawdopodobnie podniosła się z powodu infekcji - tak twierdzi pani doktor. Ja jednak obawiam się czy to nie ze stresu, że mama wyszła.
      A norowirusem zaraził się, bo ma kiepską odporność. Wystarczyło, że przeszedł obok kogoś na SORze i gotowe.
      A pytasz też dlaczego Krzyś tak reaguje - to nie jest patologia czy choroba, to po prostu kwestia niedojrzałości układu nerwowego, co na tym etapie jest zupełnie normalne.

      Usuń
  2. współczuję strasznie takich przeżyć! Mam nadzieję, że takich akcji nie będzie za dużo w Waszym życiu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wsparcie. Ja również mam taką nadzieję.

      Usuń
  3. Kochana, najważniejsze że to już za Wami i miejmy nadzieję, że jednak będzie za każdym razem lepiej!

    W szpitalu poznałam dziewczynę, która urodziła w 26tc. Jej córka ma teraz 2 lata. Chodzi do żłobka i rozwija się prawidłowo. Nie była z nią ani razu w szpitalu. Wierzę, ze Krzyś też nabierze odporności i będzie lepiej znosił choroby :-*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat w kwestii drgawek to nic nie zrobimy - taki urok po prostu.

      Usuń
  4. Jestem mamą bliźniaków z 29tc. Tez zmagamy się z drgawki mi goraczkowymi i podejrzeniem padaczki. Uczucia kiedy dziecko przestaje oddychać ci na rękach nawet nie da się opisać. Życzę wam jednak duzooo zdrówka. Prawdę powiedziawszy każdy wcześniak jest inny. Nie powiedziane jak będzie dalej toczyć się wasza historia ale zawsze trzeba wierzyc! Moj jeden bliźniak ostatnio trafił 14 raz do szpitala (ma 4lata) ale ja nie tracę nadziei - nigdy!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja czasem tak. Na chwilę, ale czasem tracę.

      Usuń
  5. Popłakałam się tak strasznie mi przykro i samej mnie przyszło od razu do głowy milion oczywiście czarnych myśli scenariuszy, a ona ma od września iść do żłobka. Wam życzę zdrówka i by już wszelkie szpitale Was omijały.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ech taki czas że dzieciaki teraz często lądują w szpitalu... Nam się udało zostać w domu, ale też myślałam już że z Rafałkiem chorym trzeba będzie jechać. I dzieciaki znajomych w szpitalu - wcale nie wcześniaki, donoszone ładnie, a jednak złapały jakieś paskudztwa. Także obstawiałabym raczej, że to nie wina wcześniactwa tylko zwyczajny pech. Mam kilka znajomych wcześniaków i wcale nie chorują częściej, niż inne dzieci (a niektóre wręcz rzadziej, choć naprawdę wcześnie przyszły na świat...). Starajcie się mimo wszystko myśleć pozytywnie i życzę Wam jak najmniej takich "atrakcji"... :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lekarz nazwała to nie pechem a taką urodą Krzysia...

      Usuń
  7. trzymam kciuki, moja córka też urodziła się za wcześnie i tez na początku miałam takie myśli, bo kilka razy faktycznie trafiłyśmy do szpitala, ale martwiłam się niepotrzebnie, przeszła a my z nią swoje, ale dziś jest zdrowa i fantastyczna. na pocieszenie zdradzę Ci jeszcze, że chodzi do klasy sportowej, jest aktywna i w niczym nie ustępuję (wręcz przeciwnie) donoszonym dzieciom. a drgawki gorączkowe mają też dzieci urodzone w terminie, nie ma reguły. Będzie dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak to prawda, że drgawki są spotykane również u dzieci donoszonych o czasie. To kwestia dojrzałości układu nerwowego. Tak mi tłumaczono.

      Usuń
  8. Kurcze :( Będzie dobrze, Justyna! Musi być. A z tym niewychodzeniem bez dziecka - też nie umiem. Poza mężem, F. nie został z nikim sam na sam dłużej niż 10 minut. Nie umiem. Boję się. Skaza poporodowa taka chyba.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.