czwartek, 3 września 2015

Winna

Poczucie winy - obiecałam o tym napisać jak się z tym uporam. Łamię daną obietnicę. Gdybym chciała jej dotrzymać to ten post nigdy by się nie pojawił. Matki wcześniaków, w znakomitej większości, doskonale wiedzą co to za paskudztwo. Innym nie da się tego wytłumaczyć. Jak już nie raz mi udowodniłyście, nie tylko matki wcześniaków to przeżywają. Również kobiety po cięciu cesarskim, te które chciały, a nie mogły karmić piersią. Sytuacji jest wiele, a poczucie winy jedno i to samo. Wielkie, ogromne, irracjonalne i wysysające radość życia.
Prawo autorskie: gorkemdemir / 123RF Zdjęcie Seryjne

Moje pojawiło się, kiedy spojrzałam na dziecko pierwszy raz. Kiedy zobaczyłam jak walczy o życie pierwsze co pomyślałam to: zawiodłam. On powinien jeszcze spokojnie spać sobie w brzuszku, a nie tutaj, z tymi kablami, rurkami i pod działaniem morfiny, żeby mógł znieść ten ból. I mój dotyk...

Chyba nie płakałam. Już nie pamiętam, bo stałam jak otępiała. Jak to możliwe, że to czerwone małe żyjątko to moje dziecko. Jak on się z tego pozbiera? I o niczym innym nie mogłam myśleć jak tylko o tym, że zawiodłam jego, męża i siebie. Czułam jakby ktoś na barki położył mi ołowiany kołnierz, a ja nawet nie drgnęłam. Przyjęłam ten ciężar, na który uważałam, że zasługuję.

I tak od tej pory żyjemy sobie razem. Ja, moja rodzina i moje poczucie winy.

Początki to był prawdziwy koszmar. To uczucie odzywało się za każdym razem, kiedy działo się coś złego, lub nie po naszej myśli. Nie dość, że przeżywałam to co się dzieje to jeszcze gdzieś z tyłu odbijało się echem: To Twoja wina. Dudniło mi to w głowie i nie pozwalało myśleć. Nie pozwalało normalnie funkcjonować.

Najgorsze były pierwsze dni w domu, bo w szpitalu miałam dużo zajęć i nie byłam sama. A w domu czułam się bezsilna i bezradna. Zupełnie nie wiedziałam co robić. Kiedy tylko otwierałam oczy wiedziałam, że ten koszmar w jakim żyjemy to moja wina. Kiedy on płakał czułam jakby ktoś wbijał mi rozżarzoną  igłę w serce. Bo on cierpi. I to cierpi przeze mnie.

Obok nie miałam nikogo kto by rozumiał. Ja z resztą nikomu się tym nie chwaliłam. Wstydziłam się. Bo przecież miało być pięknie jak w filmie. Patrzę na niego i czuję ogromną miłość i radość. Miałam czuć się szczęśliwa, a tak nie było. Byłam załamana i rozbita na 1000 kawałków.

Myślałam, że to nigdy nie minie. Minęło. Jednak wiem, że nigdy mnie nie opuści. Zawsze będzie gdzieś z tyłu głowy i odezwie się w najmniej oczekiwanym momencie. Żyję nadzieją, że z czasem coraz rzadziej. Ale już na pewno nie budzę się z tym każdego dnia.

Pewnie, poza świadomością, że nie jesteście z tym same, chciałybyście usłyszeć jakąś radę. Nie mam jej. Może poza taką: jeśli czujesz, że nie dajesz z tym rady idź do specjalisty, albo chociaż powiedz o tym komuś bliskiemu. Mi też pomagało rozmawianie o tym na grupach wsparcia.

Ja do specjalisty nie poszłam. Już tak mam, że ze wszystkim chcę walczyć sama. Bo jeśli ja nie umiem sobie sama pomóc to kto mi pomoże? Tak już mam. Głupio, ale nic na to nie poradzę. Moim psychoterapeutą jest ten blog. Wyrzucenie tych myśli z głowy, i pierwsze komentarze i wiadomości, ze wsparciem, a potem z podziękowaniami to było coś co dało mi siłę do walki.

Potem zaczęłam otwarcie rozmawiać z mężem. Znaczy od początku wiedział, że się obwiniam, ale co on mógł? Wysłuchał, przytulił, ale nie umiał sprawić by to zniknęło. Choć chciał i próbował. W pewnym momencie wyłapywałam drobnostki, które sprawiały, ze to uczucie wracało. I tak np. powiedziałam mężowi, że za każdym razem, kiedy mówi komuś: O nie, drugiego nie będzie - rani mnie i sprawia, że to wraca. Ja czułam to samo, też nie mam ochoty na powtórkę z rozrywki, ale sposób w jaki to mówił sprawiał, że ja zamiast tego co on mówił słyszałam: Mam taką beznadziejną żonę, że nie umie ciąży donosić. Drugiego z nią nie chcę. Wiem, że to głupie, ale tak było. I tak powoli eliminowaliśmy to co sprawiało mi ból.

Szkoda tylko, że rodzina nie chce usłuchać i wciąż wbija mi te igiełki pytając: a czemu chcecie go skazać na taki okrutny los bez rodzeństwa, nie sprzedawajcie rzeczy przydadzą się jeszcze, ale powinniście zacząć myśleć o kolejnym dziecku. Choć są kochani, to absolutnie pod tym względem niereformowalni. Dlatego unikamy jak się da rozmów o dzieciach.

Później pojawił się pierwszy uśmiech. I jakoś tak dużo tego poczucia winy odeszło. Na pewno dzięki temu, że mąż przygotował pod to grunt. Często chwalił i doceniał moje wysiłki. Często też powtarzał, że jestem dobrą matką. Powtarzał to tak często, aż uwierzyłam.

I kiedy na taki grunt przyszedł pierwszy uśmiech do mojego serca powróciła radość. Może jeszcze taką wąską szczeliną, ale się wdarła. W tej chwili tak mocno je wypełnia, że miałam wrażenie, że zniknęło. Ale nie. Przychodzą takie dni i takie sytuacje kiedy myślisz: dlaczego ja? Dbałam o ciążę, robiłam wszystko co mi kazali, cieszyłam się na to dziecko, a tu trach...

Z rozmów na grupie wiem, że każdy ma swój sposób. Jedni uciekają w wiarę i modlitwę, inni uciekają od problemu, a jeszcze innym pomaga kolejna ciąża. Moim zdaniem najważniejsze jest by tych negatywnych uczuć nie wypierać i dać sobie prawo do ich odczuwania. A potem na swój sposób się ich pozbyć.

17 komentarzy:

  1. Tak,to prawda piczucie winy wypełbiło myślę choć raz każdą z nas. Ja akurat nie mam go z powodu niekarmienia piersią bo bardzo mnie denerwuje ten nacisk/ przymus- nie lubię jak ktoś" każe" ale czasem nachodzą mnie myśli. I pewnie są one mniej " brzemienne" niż Twoje bo co porównywać" niepotrzebnie pozwolułam jej.na hamburgera, loda,teraz boli ją fardło lub brzuch" ale mam nadzieje,że uda Ci się wyzbyć kiedyś tego uczucia. Jesteście wspaniałymi matkami i podziwiam Was wszystkie- te które musicie od maleńkości walczyć o swoje maleństwa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozbyć raczej nie, ale może chociaż opanować. Trzeba z tym żyć i tyle. Ja jeszcze nie jestem w złej sytuacji, bo moje dziecko jest zdrowe i jeśli mu nikt nie opowie jak zaczynał życie to by nawet nie wiedział.

      Usuń
  2. Zgadzam się. Traumę trzeba przeżyć, bo tłumiona niestety przynosi bardzo negatywne skutki (wiem coś o tym). Nie jestem matką wcześniaka, jestem za to matką dwa tygodnie przenoszonego dziecka urodzonego CC. Miałam kilka załamań, zastanawiałam się czemu nie dałam rady i że może za słabo próbowałam, że może te 10 godzin porody bez postępu akcji to moja wina, ale szybko zmądrzałam i doszłam do wniosku, że i tak lekarze za długo zwlekali, dzięki czemu mieliśmy lekkie niedotlenie, napięcie mięśniowe i 8 miesięcy wożenia się po neurologach i szpitalach. W takich rzeczach nie ma winy ze strony matki, czasem wchodzą w grę jakieś psychologiczne blokady, ale z reguły każda matka chce szczęśliwie urodzić zdrowe dziecko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem o tym, że wiele matek czuje to samo. Czasem nawet z bardziej błahych powodów. Znam takie, które obwiniały się, że są zmęczone i nie mają siły na nic poza opieką nad dzieckiem. Jednak uważam, że każde poczucie winy jest tak samo ważne i nie może zostać tłumione, bo może się z tego robić coś poważnego. Jak depresja.

      Usuń
  3. Moje poczucie winy odeszło przy ostatniej wizycie u specjalisty... Oby już nigdy nie wróciło. Trzymam kciuki za Ciebie! Wypędź je jak najdalej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam za Ciebie kciuki, bo ja jeszcze nie dawno wieściłam światu, że moje minęło. Ale plus jest taki, że bardzo szybko odeszło.

      Usuń
  4. Mi ta trauma i poczucie winy, początkowo nie pozwalały na kangurowanie - bałam się, że swoim dodtykiem po raz kolejny sprawię dziecku memu cierpienie. Już kiedys wspominałam, iż w uporaniu się z tym pomógł personel szpitala i jeden z neonatologów, którego pierwsze słowa podczas pierwszego spotknia były skierowane do mnie ''po pierwsze Nie zrobiła Pani nic złego!....to nie jest Pani wina!''

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam jak Ci zazdrościłam jak to pierwszy raz przeczytałam...

      Usuń
  5. Poczucie winy nigdy nie odchodzi, zawsze zostaje obok...Niezależnie z jakiego powodu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy wcześniaków to doskonale rozumieją. Niewiele jest kobiet, które tego nie przeszły a urodziły wcześniaki. Ale wiem, że wiele kobiet się gdzieś po cichu za coś obwinia nawet jeśli teoretycznie wszystko jest w porządku.

      Usuń
  6. Boże, Justyna! Znowu się poryczałam, heh...

    OdpowiedzUsuń
  7. Kochana pięknie to napisałaś. Maluszek w moim brzuszku chyba wyczuł wzruszenie bo zacząl kopać z całych sił. Pewnie żebym się nie popłakała, bo ja taka beksa lala jestem. Rozumiem to co Ty czułaś, bo pewnie tak samo przeżywałabym gdyby mnie to spotkało, jednak jak koleżanka wyżej nie mogłabym czuć się winna ze względu na cc, czy ze względu na niemożność karmienia piersią. Nie uważam i zawsze bedę to podkreślać, że należy wstydzić się cc. Zycie plecie różne scenariusze i jeśli to ma uratować maluszka,mamę czy po prostu być wygoda dla psychiki matki, tak ma być. Tak samo ja nie będę plakać jeśli nie będę mogła karmić persią. Być może tego nie poczuję, nie wiem...po prostu. Znam wiele cudownych mam które karmią butelką i ich dzieci są przecudne !
    Dziękuję Ci za ten emocjonalny post. :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To bardzo mądre podejście. Ja co prawda też nigdy krutycznie nie patrzyłam na cc, ale jak mnie spotkała cc to czułam się taką niepełną kobietą, która nigdy nie przeżyje tego najbardziej kobiecego doświadczenia.

      Usuń
    2. Rozumiem, ale pewnie gdybyś miała bardzo ciężki poród to byś myślala, czemu szybciej ktoś nie podjął decyzji o cc. Ja nawet dzisiaj zastanawiam się: czy dobrze zrobiłam nie prosząc o cc od razu? Nie planując terminu? Ale chcę spróbować, chcę dać sobie szansę, może gdzieś tam w środku chcę żeby koleżanki dookola które miały cc pomyślały: wow, dała radę. Wiesz co jest najśmieszniejsze? Gro moich koleżanek ostatnio urodziło, wszystkie planowały poród naturalny, wyszły cesarki. Więc pewnie na mnie padnie z naturalnym ;)

      Usuń
  8. U mnie wciąż w głowie jest pytanie czy podjęłam słuszną decyzję, czemu mnie nie przewieźli do innego szpitala z bardziej profesjonalnym sprzętem by nas monitorować, i czemu to cholerne przeziębienie się do mnie przyplątało to ono wszystkiemu winne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam że wiele przedwczesnych porodów jest następstwem przeziębień. Nie wiem ile w tym prawdy.

      Usuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.