niedziela, 12 lipca 2015

Wcześniak u okulisty

Ostatnio dużo pisałam o jedzeniu. A dziś zmiana tematu. I to bardzo. Z przyjemnego na mniej przyjemny. Badanie wzroku u wcześniaków. Brrr... na samo wspomnienie pierwszych badań mam ciarki. Nie są to badania przyjemne. I właśnie o tym dziś napiszę. Jak wyglądają takie badania oczami mamy oraz na co trzeba się przygotować. Szczególnie jeśli badania macie tak jak my w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Bo chyba wszędzie to wygląda nieco inaczej.


Pierwsza ważna sprawa to teraz do okulisty trzeba mieć skierowanie. Dowiedziałam się o tym stojąc pod drzwiami sekretariatu w dniu wizyty. Oczywiście skierowania nie miałam, bo nie wiedziałam. Ale na szczęście uznali naszą wizytę jako kontynuację leczenia i mogli nas przyjąć.

Ale od początku. Pierwsza wizyta była dla mnie najgorsza. W szpitalu nigdy nie brałam udziału w badaniach, bo do szpitala w którym leżał Krzyś lekarze na badania przyjeżdżali o bliżej nieokreślonych godzinach. Np. o 24. I nigdy nie wiadomo było o której przyjadą, ani czy na 100% wyrobią się tego dnia. Tak więc żyłam w błogiej nieświadomości jakim torturom było poddawane moje maleństwo.

Na karcie wypisu ze szpitala mieliśmy zalecenie wykonania kontroli po 2 tygodniach od badania poprzedniego, które było wykonane tuż przed wyjściem. I możecie wierzyć lub nie ale to nam się udało. Może pamięć płata mi figle, ale wydaje mi się, że to było bez problemu. Znaczy bez problemu umówiłam termin jak już się dodzwoniłam. A to był sukces. W pewnym momencie przestałam wierzyć, że tam po drugiej stronie słuchawki ktoś jest.

Udało nam się umówić termin. I pojechaliśmy. Z jedną butelką ściągniętego pokarmu. Jeszcze wtedy nie wierzyłam, że kiedykolwiek uda mi się karmić piersią. Nawet miałam laktator, ale jak się później okazało nawet nie  miałabym jak ściągnąć. Dobrze, że Krzyś tego dnia nie był szczególnie głodny. Ja myślałam, że pojedziemy (ponad godzina drogi) zbadają nas (pewnie ok. 0,5 godziny) i wrócimy (znów godzina). W prostym rachunku ok 2,5 godzin. No myślałam może do 3,5. A tu się okazało, ze tyle czasu to spędziliśmy czekając.

Kazano nam się zgłosić między 10 a 12. Z racji tego, że to była pierwsza wizyta Krzysia w CZD trzeba było najpierw założyć kartę. I ja naiwna myślałam, że mam się zgłosić między 10 a 12 do tego okienka. Ale nie. Między 10 a 12 to ja już miałam być pod gabinetem. Ups. Oczywiście się spóźniłam na badanie, bo kolejka do zakładania kart długa i wcale nie szła zbyt szybko.

Ale na szczęście pracują tam ludzie (a przynajmniej tego dnia mi się trafił człowiek) i pozwolił wejść na oddział i na oddziale zrobili nam to badanie. Matko, ależ on płakał. Ale po kolei. Zgłosiliśmy się do sekretariatu. Tam nam powiedzieli, że jesteśmy bardzo późno, ale lekarz nas jeszcze przyjmie. Skierowali nas do pokoju gdzie dostał krople. Z tego co obserwowałam to wszyscy dostawali 3 razy te krople przed badaniem. Między kroplami musiało być chyba ok 15 czy 20 min odstępu. I już wiecie czemu tak długo nam się zeszło. A potem badanie.

Ciarki mam na plecach na samo wspomnienie. To nie jest sprawa dla wrażliwych. Lekarz zapytał czy byłam przy takim badaniu. Jak powiedziałam, że nie to powiedział, żeby tylko przytrzymać ręce dziecka i najlepiej nie patrzeć. Ach głupia, czemu nie słucham rad? Spojrzałam i co zobaczyłam? Wielkie metalowe coś co lekarz włożył do oka dziecka tak, żeby przytrzymywało powieki. Naprawdę szeroko. To musiało boleć. Albo na pewno było nieprzyjemne. Ale lekarz musiał, żeby zobaczyć stopień dojrzałości oka. Nie będę się tu dzielić wiedzą, której nie mam. Czym jest retinopatia możecie przeczytać tutaj albo na wikipedii.

Na tej wizycie lekarz powiedział, że jest dobrze, ale badanie trzeba powtórzyć. Powtarzaliśmy jeszcze dwa razy. Za każdym razem było dobrze. Na szczęście. I po ostatnim kazali pokazać się na kontroli za 0,5 roku. Tak więc zanim się matka zebrała to wizytę udało się umówić na koniec czerwca. I powiem szczerze, że już mi się tak bardzo nie chciało jechać. Przecież widzę, że wszystko jest dobrze. Ale zebrałam resztę sił i pojechaliśmy.

Tym razem mieliśmy wyznaczoną godzinę. Więc znów naiwnie myślałam, że szybciej pójdzie. Chociaż przezornie spakowałam nie tylko obiad dla Krzysia, ale też i podwieczorek. I dobrze. I znów zaczęliśmy od wizyty w sekretariacie. Tam nas skierowano do pokoju chyba 28. I tak siedzieliśmy i kwitliśmy pod tym pokojem. Na szczęście podsłuchałam jak pielęgniarka mówiła do jakiegoś pana, że z wcześniakiem to trzeba najpierw na badania zezowania do innego pokoju. No więc przy pierwszej okazji (która trafiła się chyba po 40 min), nie bacząc na niemiłe słowa pielęgniarki zapytałam czy Krzyś też ma iść na badanie zezowania, bo wcześniak. Ta oczywiście nakrzyczała na mnie, że to nie wszyscy muszą i co ja sobie wyobrażam. Chyba myślała patrząc na Krzysia, że to taki wcześniak z 36 tygodnia, co na pewno miał więcej niż 1550 g i 2 punkty przy narodzinach. Potem wyszła jeszcze raz pytając czy Krzyś to jakaś tam Julka. Po chwili z wielką pokorą przyszła i skierowała do innego pokoju na badania. Po ponad 1,5 godziny czekania w kolejce musiałam przejść do innej kolejki. Jupi... O niczym innym nie marzyłam.

Badanie zezowania nie były złe. Taki sprzęt jak u dorosłych. Trzeba było usiąść przed sprzętem, oprzeć brodę i czółko dziecka. Trwało chwilę i nie było bolesne. Potem znów dostaliśmy 3xkrople i poszliśmy na jakieś inne badanie. Tu chyba badali wzrok. Znaczy to czy dobrze widzi. I tak na końcu znów wróciliśmy pod pokój 28. Tu przyjęła nas pani doktor. Znów zbadała wzrok i powiedziała, że budowa oczu jest zgodna z wiekiem urodzeniowym (WOW) i że mamy się zgłosić na kontrolę jak skończy 3 latka.

Fajnie. A jeszcze fajniej, że na długi czas mamy spokój z tym miejscem. Zawsze zamieszczam rady jak się przygotować do takiej wizyty. I dziś też będzie. Po pierwsze standardowy zestaw, który przedstawiałam tutaj. Po drugie nastawcie się na jakiś 3-4 godzinny pobyt pod gabinetem, do tego doliczcie czas potrzebny na podróż. To pomoże ustalić ile zabrać mleka, co do jedzenia, picia itp. Poza tym pewnie zaparkujecie na parkingu pod szpitalem, który jest płatny. Trzeba mieć ok. 15 zł w gotówce. I jeszcze bardzo ważna rzecz, o której ja ciągle zapominam. Nie tylko dziecko spędza 5 godzin poza domem. Wy również. Dlatego trzeba zabrać coś do picia i jedzenia dla siebie. Oczywiście możecie nabyć coś na miejscu, ale wtedy trzeba wyjść z kolejki. A wiecie, że powrót może okazać się niemożliwy. I jeśli macie taką możliwość niech ktoś z wami jedzie. Bo potem może okazać się, że nawet do toalety nie masz jak iść.

18 komentarzy:

  1. Okulista, a właściwie okulistka! Pierwsze badanie Jasia, "metalowy wziernik", wrr. Brak jakiejkolwiek delikatności, pośpiech! Rutyna?! Zdecydowanie! Na korytarzu maluszki max. Do 1 roku, a Ona czas dla dziecka ma liczony w sekundach! Takiej wizyty nikomu nie życzę! Jaś nie otworzył oczek jeszcze długo po wyjściu z gabinetu, dopiero w domu, czyli z 2 godziny cierpiał! I to wszystko w Matce Polce!!!!! Unikajcie jak ognia! To nasze doświadczenia z okulista!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas też ta wizyta była krótka, ale na szczęście lekarze spieszyli się tylko z wypełnianiem dokumentów. Przy dziecku byli spokojni i delikatni. Oczywiście w miarę możliwości. Pielęgniarka to nam się teraz jedna niemiła trafiła, ale do lekarzy mamy farta.

      Usuń
  2. I znowu dziękuję za ten post. :)

    My w końcu nie zrobiliśmy badania. Badanie Loki miał jedno, dowiedzieliśmy się sporo po fakcie, bo badanie było w NICU i bez naszej obecności.

    Nie zrobiliśmy badania bo przestraszyliśmy się kropli - dostaliśmy je do domu i mieliśmy sami zakroplić przed wizytą. A potem przeczytaliśmy, jak bardzo te krople są groźne, zwłaszcza dla wcześniaczków, jak wiele szkód można zrobić - jeśli się je zakropli źle. I że trzeba przytrzymać po zakropleniu oko pod odpowiednim kątem, żeby krople absolutnie nie dostały się do kanalików łzowych. I jak to trzeba obserwować dziecko przez cały dzień potem i patrzeć czy nie ma skutków ubocznych. Potem jeszcze mój mąż wszedł na stronę francuskiego ministerstwa zdrowia, gdzie wisiało ostrzeżenie przed tymi kroplami i informacja o tym, że przez źle podane krople kilkoro dzieci we Francji zmarło... Więc się nie zdecydowaliśmy podać kropli, odwołaliśmy wizytę.

    Dopiero już po tym zadzwoniliśmy do naszego neonatologa, który stwierdził, że bardzo dobrze, że nie zrobiliśmy badania, bo nie było takiej potrzeby - miał badanie w szpitalu gdzie zostało potwierdzone, że budowa oka jest ok i wszystko jest w porządku. Kontrola za dwa lata. Czyli pediatra dał ciała, bo mając dostęp do naszych dokumentów medycznych (czego my nie mamy) poleciał stereotypami zlecając nam badanie.

    Tylko, że myślimy o tym, żeby wrócić do Polski i szczerze mówiąc przy czytaniu takich opisów służby zdrowia w Polsce zawsze mam wątpliwości, wracać czy nie. Tutaj dzwonię, dodzwaniam się bez problemu, umawiam się na konkretną godzinę i na konkretną godzinę przychodzę. Nie czekam dodatkowo, i jeszcze nie spotkałam pracowników służby zdrowia, którzy byliby niemili. Nie płacę za wizytę, za leki, na które mam receptę, bo za wszystko płaci ubezpieczenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak czytam Twoje wpisy to potem pytam koleżankę, która ma siostrę we Francji czy to wszędzie tak jest w tym kraju. Bo dla mnie brzmi jak bajka. W Polsce tak nie ma. Nawet lecząc się prywatnie są kolejki. Raz miałam sytuację, że szybciej dostałam się na NFZ niż prywatnie.

      Usuń
  3. A ja wcale tak źle nie wspominam wizyt u okulisty.Naszą wizytę umówił nam szpital my musieliśmy dostarczyć skierowanie też wypisane przez szpital. Na wizytę weszliśmy punktualnie, szybie zakropienie oczek i 20 minut czekania. My byliśmy w poradni. Badanie samo w sobie wyglądało tak, że pani dr założyła jakiś przyrząd opaskę ze światełkiem na głowę, a do ręki wzięła lustereczko , ja miałam trzymać główkę. Następnie otworzyła oczka i świeciła światełkiem przez to lustereczko, oczywiście bez płaczu się nie obyło. Wizyty miałyśmy 3 co 4 tygodnie teraz mamy wizytę za 2 mc. My mamy wszystko z oczkami w porządku niestety borykamy się z ropiejącym oczkiem, dostałyśmy krople z antybiotykiem, ale podejrzenie jest niedrożnego kanalika łzowego i mamy go do sierpnia masować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że nie wszędzie tak jest. Link do tego posta wrzuciłam też na grupach na fb i tam dziewczyny pisały, że nie wszędzie badają oczy z tymi rozwiernikami czy jak się te metalowe szczypce nazywają.

      Usuń
  4. Pisałam Ci już, że mieliśmy badanie dna oka- dla mnie było tragedią...ale metalowe sprzęty...na samą myśl mam ciarki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak wspomniałam wyżej posta wrzuciłam na grupie na fb. Tam odezwało się sporo mam, które mówiły, że zdarzali się mężowie którzy po badaniu wychodzili z płaczem. Ale odezwało się też wiele głosów, że nie było aż tak źle, bo badania wykonywane były inną metodą.

      Usuń
  5. Odstęp między kropieniem jest konieczny, by oczy miały czas się poszerzyć. Często dzieciaczki płaczą przy kropieniu, ponieważ krople które używa się do rozszerzania po prostu szczypią. Po zakropleniu powinno się ucisnąć kanalik łzowy. To metalowe coś co wkłada się pomiędzy powieki to rozwórka,założenie nie jest szczególnie bolesne, lecz z pewnością nieprzyjemne. Małemu dzieciątku nie da się pewnych rzeczy wytłumaczyć, więc dodatkowo dochodzi stres przed nieznanym czym wpychanym do oka. Co do rozwórek to nie zawsze się je zakłada, to zależy m.in. od tego co chcemy zobaczyć w badaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za taki rzeczowy komentarz. Teraz już rozumiem, czemu niektóre mamy pisały, że u nich tych rozwórek nie używali.

      Usuń
  6. My nie mieliśmy jeszcze kontaktu z okulistą, ale jak przeczytałam Twój wpis i komentarze innych mam, to ciarki mi po plecach przeszły ....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obyście nie musiały. Szczerze to jak byliśmy ostatnio to zdarzyły się duże dzieci, które płakały bardziej niż mój Krzyś.

      Usuń
  7. My na badaniu okulistycznym byłyśmy trzy razy. O każde badanie za dużo...
    Ja nie patrzyłam, wystarczył mi krzyk i płacz dziecka. Wystarczyło mi, jak czułam z jaką siłą próbuje się wyrwać z moich rąk..
    Jedynym plusem tego badania była lekarz, która wręcz biegała wokół mojej córki by jak najszybciej skończyć badanie... niebolesne dla dziecka, tylko nieprzyjemne. Takie działanie znieczulajace mają kropelki.
    Na pierwsze badanie wszedł mąż, bo ja w ostatniej chwili przeczytałam w internecie jak to się odbywa. Nie dałam rady pójść. Na kolejne już musiałam...boże jak płakałam...
    A kolejki są wszędzie niestety. Na to nie ma lekarstwa, trzeba się uzbroić w cierpliwość.

    My już więcej badań nie będziemy mieć, tego życzymy Krzysiowi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie miał jeszcze kontrolę w wieku 3 lat, ale to już takie nieinwazyjne badania i nawet na nich nie płakał.

      Usuń
  8. Calineczka miała już kilka razy dokładne badanie u okulisty. Tylko pierwsze źle zniosła i przeraziły ją zakraplania i te wszystkie sprzęty... Potem było już łatwiej. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie jest jak dziecko już rozumie i można mu wytłumaczyć co mu robią i dlaczego. Niemowlakowi się nie da i biedactwo się boi.

      Usuń
  9. Słyszałam o tych badaniach, bo znajoma urodziła bliźniaki-wcześniaki... Ciężko patrzeć, jak się mały człowieczek męczy, no taki hardkor to tylko na początku. Potem smyki rosną jak na drożdżach i na szczęście o badaniach nie pamiętają ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że nie będzie nic z tego pamiętał. Chyba już nie pamięta.

      Usuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.