czwartek, 23 kwietnia 2015

Dziecko a małżeństwo

My nie planowaliśmy dziecka. Ale chwila w której dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami była jedną z najpiękniejszych w naszym życiu. Pełni nadziei i przekonani, że wszystko będzie dobrze (mimo jakiś czarnych wizji lekarza) po prostu wiedzieliśmy, że przed nami najwspanialsze doświadczenie naszego życia. Zupełnie nie byliśmy przygotowani na to co przyszło.


I szczerze, to nie chodzi mi już o to, że Krzyś się urodził tak wcześnie i w tak kiepskim stanie. Fakt, że i mnie od utraty życia dzieliła doba może dwie też nie miał w tym wszystkim tak wielkiego znaczenia. Oczywiście, że jego przedwczesne narodziny nadwyrężyły naszą psychikę. I może część rzeczy było nam trudniej znieść, bo nieśliśmy ze sobą większy bagaż doświadczeń niż większość rodziców. Ale z tego co widzę, to nasze problemy wcale nie odstają od problemów rodziców dzieci urodzonych o czasie.

Mieliśmy wizję tego jak dziecko cudownie umocni nasz związek i naszą miłość. Bo jak mogłoby być inaczej? Przecież dziecko mimo, że nie planowane, było bardzo chciane. Brak nam było odwagi, żeby rozpocząć całe te starania. A łaskawy los zdecydował za nas. I od razu wiedzieliśmy, że cudownie się stało.

Ciążę znosiłam dobrze. I mój mąż też nie miał z nią większych problemów :) Nie byłam humorzasta, tylko zmęczona. Ale on jako dobry mąż bardzo mnie wspierał i wyręczał ze wszystkiego z czego tylko mógł. Mieliśmy masę cudownych chwil we troje. On rozmawiał z brzuszkiem. I to było piękne, kiedy Krzyś zawsze tacie odpowiadał. Nie zawsze tata to czuł, ale ja czułam, że zawsze, kiedy tata się do niego odezwał ten się zaczynał wiercić i "pukać" do taty. Tak. To były piękne chwile.

Potem przyszło rozwiązanie. I tu nadal nasze małżeństwo było jak skała. Silni. Będący wsparciem dla siebie nawzajem. Razem chodziliśmy i słuchaliśmy tego co lekarze mają nam do powiedzenia. Razem to wszystko przeżywaliśmy. Razem chodziliśmy do niego. Mąż co prawda bał się go dotykać, ale ja to rozumiałam. Jakbym miała dłoń większą od dziecka to też bym się bała, że coś mu zrobię niechcący.

Potem Krzyś wyszedł do domu. I wciąż było dobrze. Zawsze mogłam liczyć na męża. Nawet czasem budziłam go w nocy, żeby wyręczył mnie z karmienia, bo ja nie dawałam rady. A on nie uciekał od obowiązków. Nie miał problemów z przewinięciem czy przebraniem dziecka. Wiedziałam, że zawsze mi pomoże. Chociaż dla mnie to oczywiste. Mąż zawsze jest dla mnie oparciem. A ja się staram być oparciem dla niego. Wiem, że wiele dziewczyn nie ma takiego szczęścia.

A potem przyszedł wrzesień. Czas kiedy Krzyś miałby przyjść na świat. I zaczęły się kolki. A wraz z nimi kryzys. Ja w tym czasie już od 3 miesięcy zarywałam noce, bo przecież trzeba było odciągać pokarm, a potem jeszcze karmić Młodego. Moje zmęczenie osiągało krytyczny pułap. I chyba dlatego tak ciężko mi było znieść jego płacz. Mężowi łatwiej nie było. Bo wiadomo, że kolki pojawiają się wieczorem. Czyli w naszym przypadku, tuż przed powrotem taty z pracy. Długo czasu mi zajęło zrozumienie, czemu mąż tak źle znosi jego płacz (nie to, żeby dla mnie to była jakaś bułka z masłem). Ale na szczęście przyjaciółka mi to wyjaśniła. Przecież on wracał do domu i słyszał tylko płacz. Nie znał innego dziecka, tylko to ryczące wniebogłosy. A nie ma chyba nic gorszego niż to uczucie bezsilności, kiedy twoje dziecko płacze, a ty nie umiesz mu pomóc.

Oddaliliśmy się od siebie. I każde na swój sposób próbowało się z tym uporać. Co skutkowało tylko tym, że oddalaliśmy się coraz bardziej. Na szczęście trafiliśmy na książkę, która nam pomogła. Recenzję pisałam tutaj. W chwili gdy ograniczyliśmy jego płacz do góra 5 minut nasze małżeństwo przypominało wypalone pole uprawne. Kiedyś może i wydawało cudowne plony, jednak w tym momencie widok był jak z filmów grozy. Ciemny, straszny i upiorny.

Jednak mając tak silne fundamenty małżeństwa, daliśmy radę. Wiele jeszcze pracy przed nami, jednak to co jest teraz pozwala mi wierzyć, że nasze wizje o tym jak dziecko scali nasze małżeństwo mają szansę się ziścić.

To niesamowite jak bardzo moje wizje świata po urodzeniu się dziecka były nietrafione. Mam wrażenie, że w chwili narodzin Krzysia wszystkie te wizje i marzenia z ogromną prędkością rozbiły się o betonowy mur i roztrzaskały na milion kawałków. Co nie oznacza, że to co jest teraz jest złe. Mam wrażenie, że lepsze. Przez różne trudności i cierpienia nasz świat został oczyszczony. Jest nowy, świeży i cudownie pachnący oliwką i biszkoptami :)

Jeśli teraz wasze małżeństwo jest w trudnym punkcie to chcę Ci dodać odwagi i nadziei. Początki są trudne. Mam wrażenie, że trudniejsze dla mężczyzn. Jednak ciężka praca i wzajemne zrozumienie mogą czynić cuda i wynieść wasze małżeństwo na nowy poziom.

Zawsze uważałam, że robienie sobie dziecka jako cudowne lekarstwo na problemy w związku. Albo branie ślubu, bo się wpadło, to zły pomysł. Teraz widzę, że dobrze to czułam. Nie wyobrażam sobie, jak można pokonać te wszystkie początkowe problemy mając nierozwiązane problemy na starcie. Dziecko powinno być owocem miłości i szczęścia :)

33 komentarze:

  1. Zgadzam się z Tobą.My braliśmy ślub z miłości i zdecydowaliśmy się na dziecko również z tego powodu.A mimo to było i jest czasem bardzo ciężko.

    OdpowiedzUsuń
  2. W każdym małżeństwie dziecko zmienia nie tylko życie i codzienne obowiązki ale również i małżeństwo. U nas cała ciąża była zagrożona. jeździliśmy po lekarzach, szpitalach. Mąż zawsze mnie wspierał, jednak po urodzeniu Kuby również coś się zmieniło. W pewnym momencie oboje byliśmy wykończeni nocnym wstawaniem, kolką i brakiem czasu dla siebie. Jednak sami doszliśmy do tego, że tak nie może być. Spędzamy więcej czasu razem. Czasem jeśli któreś z nas jest zmęczone, to dajemy wytchnienie w postacie chwili samotności, drzemki i przejęcia opieki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale trzeba chwili, żeby do tego dojść. U nas też tak było.

      Usuń
  3. Jak Ty pięknie wszystko ujęłaś w słowach. Po prostu rozkoszowałam się w każdym zdaniu :)
    U Nas na szczęście kryzysu nie było, oparcie w moim ukochanym zawsze miałam. Pamiętam jak dziś- wróciliśmy ze szpitala, ja nie mogłam się ruszyć, ponieważ rana po CC strasznie bolała i wciąż coś z niej wypływało, siedzenie, chodzenie sprawiało ból ogromny. Wtedy mąż wziął urlop i cierpliwie przynosił na karmienie, nosił na rękach, przebierał, kąpał... Nie sądziłam, że ma on tyle cierpliwości w sobie, pomimo bardzo stresującej pracy. Też były u Nas problemy z kolkami, ale jak się okazało, to przez herbatki laktacyjne. Do tego czasu, zanim to odkryłam, mąż nosił Hanię, masował brzuszek... Jejku, siedzę i piszę to i dociera do mnie, jak mam fantastycznego męża. Ale żeby nie było aż tak kolorowo, to w pewnym momencie wkradła się rutyna do Naszego- jakby się wydawało kwitnącego związku. Rutyna... oboje to zauważyliśmy i oboje w tym samym momencie zaczęliśmy coś robić, żeby się jej pozbyć i jest cudownie. A ostatnie wydarzenia, które miały miejsce w Naszym życiu jeszcze bardziej wzmocniły Nasz związek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo na tym polega dobry związek. Nie na tym, że zawsze jest świetnie. Tylko na tym, że jak się coś źle dzieje to się pracuje nad tym a nie poddaje.

      Usuń
  4. Pięknie to napisałaś "Mając silne fundamenty małżeństwa, daliśmy radę." Dziecko w domu zmienia wszystko, jest wiele bardzo trudnych chwil i tylko prawdziwie silne uczucie pozwala dwojgu ludziom przetrwać, no może jeszcze ogromne poczucie odpowiedzialności. Mi wydawało, że nam z M. to nic nie grozi, a jednak po 3 miesiącach z Helenką w domu, nastał u nas taki kryzys, że nie chce mi się o tym myśleć. W ogóle nie umieliśmy ze sobą rozmawiać. Dużo by pisać, by móc wszystko wyjaśnić... Ale daliśmy radę. I myślę, ze to dlatego, ze nie łączyło nas jakieś zauroczenie ale prawdziwa miłość. Teraz jesteśmy jeszcze mocniejsi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba jednak wszyscy przechodzą kryzys. A miałam nadzieję, że może gdzieś się udało bez. Dobrze, że się podnieśliście.

      Usuń
  5. Dziecko nie uratuje związku, który się rozsypuje- zgadzam się z Tobą. Widziałam wiele prób ratowania małżeństw poprzez właśnie kolejnego dzidziusia- niestety to nie jest lekarstwo. Nasz córka bardzo spoiła (owszem były straszne kryzysy, ale rezultat jednak jest taki, że bardziej się poznaliśmy i jeszcze bardziej zbliżyliśmy), ale pojawiła się zupełnie niespodziewanie i w rozkwicie naszego związku :P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam w najbliższym otoczeniu ludzi, którzy dzieckiem chcą spoić związek. Jeszcze się nikomu nie udało.

      Usuń
  6. Myślę, że to o czym piszesz dotyka większości, jeśli nie wszystkich młodych rodziców. Na szczęście jeśli w rodzinie jest miłość, to wszystko ta się wytrzymać, a z czasem jest coraz lepiej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak to prawda. Na nowo odkrywa się tą drugą osobę.

      Usuń
  7. Bardzo dobry post :) Myślę, że większość świeżo upieczonych rodziców przez to przechodzi. Brak snu, frustracje z powodu płaczu malucha, szczególnie jak ma kolki, robią swoje. Związek musi mieć naprawdę solidne fundamenty aby nie rozpaść się na kawałeczki. Myślę, że ważne jest aby zdawać sobie z tego sprawę już przed pojawieniem się dziecka. I nie wierzyć cudownym obrazkom rodziny z reklam w kolorowych czasopismach. Zawsze byłam zdania, że dziecko raczej rozdziela rodziców niż zbliża, choćby z faktu, że nie mają już tyle czasu dla siebie. I warto zdawać sobie z tego sprawę. A sprowadzanie na świat małego człowieka jako "plaster" na związek to jakieś nieporozumienie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja szczerze mówiąc uległam tym cudownym obrazkom. Moje rozczarowanie było ogromne.

      Usuń
  8. Dobrze czulas. Jestem tego samego z dania, że dziecko nie uleczy małżeństwa, wręcz odwrotnie...za to potomstwo świetnie pokazuje czy nasz związek jest dobry, czy to rzeczywiście miłość.

    OdpowiedzUsuń
  9. Aż dostałam ciarek czytając Twój post. Bardzo wzruszający. Kochana, szczerze mówiąc mogłabyś napisać książkę na temat pierwszego roku z wcześniakiem. :)

    Przed rozwiązaniem wiele osób mówiło mi, że jak pojawi się dziecko, to będziemy się z mężem więcej kłócić. A ja wszystkim odpowiadałam, że my będziemy mieć tylko inne powody do kłótni. I w sumie tak jest. Tak naprawdę nie kłóciliśmy się niemal wcale przez pierwszy rok, a minęło 5 lat. Dlatego każde doświadczenie przyjmujemy razem. I dzieckiem też zajmujemy się razem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się zastanawiałam nad wydaniem choćby ebooka :)

      Usuń
  10. Ja i mój mąż jesteśmy nerwusami. Nie raz na siebie warczeliśmy jednak zawsze jeden w drugim miał wsparcie ;) Bardzo fajny post

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo fajny wpis, my jestesmy świeżo upieczonymi rodzicami i często czujemy bezsilność gdy synek płacze - też z powodu kolek... wtedy jest napięcie w domu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że podniósł Cię na duchu. My też przez to przeszliśmy, ale odwagi. Będzie lepiej.

      Usuń
  12. Loki jest w domu niecałe dwa miesiące (bo, jak już pisałam wcześniej, 5 pierwszych tygodni spędził w NICU) i póki co kryzys na razie nas omija. :) Mąż zawsze traktuje mnie jak księżniczkę, a w ciąży awansowałam chyba do królowej ;) - był absolutnie cudowny. Kiedy wszystko zaczęło się sypać był moją skałą i oparciem, nie dałabym rady bez niego. Niezależnie od swojej pracy spędził ze mną ponad miesiąc w szpitalach, na szczęście większość nocy spał na łóżku, ale zdarzały się też noce (szpital w Cannes czy też Labor&Delivery w Nicei) kiedy spał na krzesłach, tylko po to, żeby nie zostawić mnie samej nawet na chwilę.

    Przetrwaliśmy razem odwiedzanie Lokiego w NICU, przetrwaliśmy pierwsze bezsenne noce, przetrwaliśmy stresujące szczepienia z monitoringiem w szpitalu (kolejne za miesiąc), przetrwaliśmy nawet kolki!

    Nie jest oczywiście idealnie, mamy drobne spięcia, ale generalnie rzecz biorąc sobie (póki co) radzimy. :) No, ale to dopiero dwa miesiące bycia pełnoetatowymi rodzicami, więc jeszcze wszystko przed nami ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorsze są początki. Tak było u nas. Więc może Was ten kryzys ominie? Życzę Wam tego. I tak wystarczająco dużo przeszliście.

      Usuń
  13. Pięknie napisane!
    To wszystko o czym piszesz dopiero przede mną, choć i teraz w naszym związku bywają lepsze i gorsze dni, cały czas się docieramy. Wiem jednak, że wspólnie przez te gorsze dni damy radę przebrnąć.

    OdpowiedzUsuń
  14. W naszym przypadku też okazało się, że na dziecko tak naprawdę nie byliśmy przygotowani (mimo tego, że było planowane i że oboje o pielęgnacji inopiece wiedzieliśmy dużo- w teorii). Oprócz zmęczenia i bezsilności wobec płaczu spowodowanego kolkami u nas pojawiła się też... rywalizacja. I to ze strony mojego męża. Zupełnie się tego nie spodziewałam, bo w naszym związku nigdy wcześniej tego nie było. Teraz na szczęście wszystko już się dobrze ułożyło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za Twoją historię. Nie słyszałam o rywalizacji wśród moich bliskich, ale czytałam, że tak się czasem dzieje. Dobrze, że się wszystko poukładało.

      Usuń
  15. Bardzo prawdziwy wpis. To prawda - dziecko nie jest cudownym magnesem, które spaja związek. Przy tym zmęczeniu, na które nas naraża, nerwach i tak dalej, często dochodzimy do swoich krytycznych momentów, okazuje się, że mamy różne wizje na wychowanie, często odsuwamy zaspokajanie własnych potrzeb, mamy mniej czasu i siły dla siebie nawzajem... To wszystko się nawarstwia i o starcia nie trudno. Łatwo nie jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety młodych rodziców karmi się tylko tym co jest dalej. Wielu nie spodziewa się tego co ich czeka.

      Usuń
  16. Dobrze powiedziane - a raczej napisane. Po głowie chodzi mi od dłuższego czasu post właśnie o relacjach młodych (w sensie świeżo upieczonych) rodziców. Dokładnie tak samo myślę: "Nie wyobrażam sobie, jak można pokonać te wszystkie początkowe problemy mając nierozwiązane problemy na starcie". A jednak tak wiele par właśnie tak zaczyna życie w trójkę.
    Dobrze, dobrze napisane :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wy to poszliście po bandzie i pominęliście etap "we trójkę" :)

      Usuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.