sobota, 20 grudnia 2014

Pierwsze dni w domu

I nadszedł ten upragniony moment. Zabieramy Krzysia do domu. To było już jakiś czas temu. Z perspektywy czasu lepiej widzę pewne rzeczy. Widzę jak byłam nieprzygotowana, jak bardzo samotna ze wszystkimi swoimi problemami i rozterkami. Wiem też, w których momentach zachowywałam się irracjonalnie i jakie błędy popełniłam. Ale jak to mówią: jeśli patrzysz w tył i wiesz co byś poprawił to znaczy, że zrobiłeś duży krok w przód a błędy, które popełniłeś sprawiły, że jesteś mądrzejszy i wcale nie musisz zmieniać przeszłości.





Krzyś opuścił szpital równo po 4 tygodniach. Pisałam wcześniej o emocjach jakie temu towarzyszyły. Były skrajne i we wszystkich kolorach. Od radości do przygnębienia. Od dumy do wątpienia... i tak cały czas. Ekscytacja ogromna, ale co dalej? Dalej było jeszcze gorzej. Bo częstotliwość zmiany nastroju miały charakter nie dobowy, a godzinowy.

Tu karmienie poszło świetnie zjadł szybko i z apetytem. A następne już gorzej. I wtedy pojawiał się natłok myśli: co robię źle? Może jestem złą matką? Ja się do tego nie nadaję. Nie poradzę sobie z taką odpowiedzialnością. On był taki maleńki... ważył 2260 w chwili wyjścia. Do tej pory potrzebował pomocy rzeszy specjalistów i nagle dali mi go do domu. I ja sama miałam ich zastąpić?

Co prawda już się oswoiłam z przewijaniem i trzymaniem go na rękach. Plus to moje pierwsze dziecko, więc nie miałam porównania. Ale no cóż, wtedy wciąż przygniatało mnie poczucie winy za to co się stało. Jeszcze wtedy nie miałam tego poukładanego. Każdy jego płacz przeżywałam myśląc: on pewnie cierpi, a to wszystko moja wina... Na szczęście wcześniaki na początku dużo nie płaczą. Ale to było straszne. Wyobrażasz sobie z każdym płaczem dziecka przeżywać taki ból jakby ci ktoś gorącą igłą przebijał serce? Na szczęście to już minęło.

Bardzo żałowałam, że nie miałam obok kogoś z takimi samymi doświadczeniami. Kogoś kto by zrozumiał co przeżywam i umiał mi pomóc. Co prawda, kiedy urodziłam odezwała się do mnie przyjaciółka z czasów gimnazjum. Tylko, że nasze drogi rozeszły się w liceum i po takim czasie ciężko było mi z nią tak zupełnie swobodnie rozmawiać. Chociaż i tak kontakt z nią mi niesamowicie pomógł. Czułam, że nie tylko ja przeżywam coś takiego. Plus jej dziecko z 32 tygodnia rozwija się fantastycznie i to dodawało mi otuchy. Myślałam: może u nas tak będzie.

Na początku nie mogłam uwierzyć, że on już jest zdrowy. Nie mogłam uwierzyć, że kilka tygodni temu walczył o życie, a teraz już wszytko jest dobrze i mamy żyć jak gdyby nigdy nic. Panikowałam. O matko kochana i to jak. Na domiar złego wyszliśmy do domu na najgorsze upały. I ja sobie ubzdurałam, że on mi się odwodni. Ba... nawet pobiegłam do lekarza twierdząc, że on już jest odwodniony. Oczywiście nie był. Na szczęście pediatra była pełna zrozumienia. Nawet zbadała go bardzo dokładnie, chociaż na pierwszy rzut oka było widać, że jest zdrowy i nic mu nie jest. I w sumie ja podczas tej wizyty zrozumiałam, że oszalałam. Że na siłę szukam problemów. Że nie chcę uwierzyć, że już teraz jest dobrze. Że czułam się pewnie jak obok niego był lekarz. Że nie czułam się na siłach, żeby zająć się nim sama. Ale też nie chciałam, żeby wrócił do szpitala. Miałam mętlik i chaos w głowie.

W domu miałam go karmić na żądanie. I to był kolejny koszmar. W szpitalu przed wyjściem dostawał 45-50 ml co 3 godziny. A tu nagle w domu zjadał 20. Na szczęście obok był mąż. Zauważył, że Krzyś domaga się jedzenia częściej niż w szpitalu. I wtedy zaczęłam robić notatki. Ile zjadł i o jakiej porze. I nagle się okazało, że tak w sumie to zjada więcej niż w szpitalu. I każdego dnia kilka mililitrów więcej. I jakoś mi się lepiej zrobiło. Czułam, że jakoś zaczynam nad tym wszystkim panować. I Tobie też polecam notowanie. W sumie to do dziś tak robię. Jak coś mnie zaniepokoi to wracam do notowania. I potem już wiem czy znów panikuję czy mam rację. To w sumie odnosi się do jedzenia i jakiś drobnostek. Bo jak mnie inne rzeczy niepokoją to od razu biegnę do lekarza.

Dziś nie notuję w zeszycie. Dużo zamieszania i teraz oceniam to rozwiązanie jako bardzo niewygodne. Używam aplikacji mobilnej. Jest ich wiele. Ja na początku wybrałam Baby Daybook. Wygląda to mniej więcej tak:

Fajne, że możesz zapisać nie tylko pory karmienia, ale także leki, pory spania, spacery, ilość odciągniętego mleka i wiele innych. Plus w każdej pozycji możesz tworzyć grupy i dodawać notatki.

Ostatnio ściągnęłam aplikację Feed Baby. Jest bardzo podobna, tylko bardziej rozbudowana i myślę, że przy niej pozostanę. To co mi się spodobało to automatycznie tworzone wykresy. Co prawda dla mam wcześniaków przydadzą się tylko wykresy rozkładu dnia. Bo centylowe to trochę mniej :) Krzyś z wagą 6 570 g w 5 miesiącu życia (3 korygowany) jest na 3 centylu gdzie na wcześniaczej jest na 93. Fajną opcją są też alarmy, które będą działać automatycznie, np. 3 godziny po ostatnim karmieniu.


 Jeśli używasz innej podziel się tym w komentarzu.

Ale wracając do tematu. Mówiłam już o karmieniu. To w sumie było dla mnie najgorsze. To z czym jeszcze miałam problem to sen maleństwa. Dziwne? Nie wiedziałam wtedy nic o fazach snu dziecka. Nie wiedziałam, że dziecko przechodząc z jednej fazy w drugą wybudza się. I to normalne i wcale nie oznacza, że ono się budzi. Trzeba dać mu chwilę i zaśnie sobie dalej. Ja brałam na ręce, on zaczynał marudzić a ja myślałam, że jest głodny. Nic dziwnego, że nie zawsze chciał zjadać porcji. Teraz to widzę, ale wcześniej... Miałam taki chaos w głowie. Myślałam tylko o tym, że gdyby urodził się o czasie to bym się lepiej przygotowała do bycia mamą. A tak... nie miałam czasu, więc pewnie nie mam szans na bycie dobrą mamą... Teraz jak sobie to przypominam to myślę sobie: ależ Ty głupia byłaś. Dziś Twoje dziecko się uśmiecha do Ciebie, przy Tobie czuje się bezpiecznie. No cóż jesteś dla niego całym światem. A przynajmniej połową. Druga to tatuś :)

I ostatnia rzecz, której chyba dziś też bym nie zmieniła. Kiedy Krzyś się budził cały czas byłam przy nim. Wiem, i wtedy też wiedziałam, że musi się nauczyć jak być samemu z sobą. Ale no cóż. Czas aktywności mojego syna to była godzina, czasem dwie na całą dobę. Wcześniaki dużo śpią, ale Krzyś do dziś jest śpiochem. Nie umiałam go zostawić samego. W szpitalu wyrzucałam sobie, że jestem z nim tylko 8 godzin. Tylko... pewnie niektóre z Was myślą: matko ja musiałam jechać tak daleko do dziecka, że byłam u niego godzinę dziennie. Wiem, ale dla każdego jego problemy są największe. Tak więc jeszcze w szpitalu narodziła się we mnie potrzeba bycia przy nim cały czas. A kiedy po tym miesiącu patrzenia na śpiące dziecko on wreszcie zaczął otwierać oczy i mi się przyglądać nie mogłam pozwolić mu samemu leżeć w łóżeczku. Nawet jeśli leżał w łóżeczku byłam obok i patrzyłam.

I dziś nie wiem czy to przez to, że nie odstępowałam go na krok czy to wynika z jego charakteru. Ale potrzebuje naszej nieustannej obecności. Nie musi być na rękach po prostu nie może być sam w pokoju. Mam nadzieję, że przyjdzie czas, że z tego wyrośnie. A ja nie ukrywam, lubię go mieć blisko. Tak przyznaję oficjalnie. Jestem uzależniona od swojego dziecka.

5 komentarzy:

  1. Dziękuję za ten post, za tego bloga... Czytam i czytam, od deski do deski, i czuję się odrobinę lepiej, z moim wcześniaczkiem, z moją niewiedzą kiedy i czego się spodziewać, z czekaniem na pierwszy uśmiech skierowany do mnie, a nie ten przez sen, z brakiem poprawnej odpowiedzi na pytanie "on jest taki malutki, ile on ma...?". Raźniej mi :), dziękuję :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Większość wcześniaczych mam wysyła mi takie podziękowania na e-mail. Dziękuję, że zostawiłaś komentarz. Wiem, że człowiek z tymi emocjami jest sam. A przynajmniej ma takie wrażenie. Nikt nie jest w stanie tego zrozumieć. Tylko rodzic innego wcześniaka.

      Usuń
  2. KOMENTARZ DODANY PRZEZ GOOGLE+ przez Ewa Ostrowska
    U nas karmienie na żądanie nie miałoby szansy powodzenia. Jasne nie trzymaliśmy się sztywno zasady, że co 3 h i ani minuty wcześniej czy później. Mały był jednak przez szpital tak świetnie wyuczony i rzeczywiście jadał co 3h, z dłuższa przerwa w nocy 6h. Do tej pory nieprzespane noce mogłabym policzyć na palach u rąk, za co oddziałowi jestem bardzo wdzięczna. Wspomniałam, że karmienie na żądanie nie miało szans powodzenia - z prostej przyczyny mały miał do zazycia za dużo leków, witamin, integratorów. Np. żelazo 3 razy dziennie najpóźniej 30 minut przed posiłkiem. Ciężko było, ale się da :)

    OdpowiedzUsuń
  3. KOMENTARZ DODANY PRZEZ GOOGLE+ przez Sabina Szeląg
    Najważniejsze, że najgorsze macie już za sobą. Ja też przyznam się, że córkę mam zawsze przy sobie. Uwielbiam to.

    OdpowiedzUsuń
  4. KOMENTARZ DODANY PRZEZ GOOGLE+ przez Katarzyna G
    Jesteś bardzo dzielną mamą!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.