poniedziałek, 10 listopada 2014

Szpitalne życie

Stając w obliczu nowej sytuacji musisz się odnaleźć w nowym miejscu. Szpital na chwilę, dłuższą lub krótszą, stanie się Waszym domem. Czego możecie się spodziewać? Co Was tu czeka? I jak sobie z tym poradzić?
Nie na wszystkie pytania odpowiem, bo nie wszystko przeszłam. Ale mam kilka wskazówek jak dać sobie radę w tym nowym, jeszcze obcym miejscu.




Po pierwsze mama stanie przed wyborem: zostać w szpitalu czy wyjść do domu. To jest dla rodziców dziecka donoszonego absolutnie niespodziewany dylemat. Bo jak można rozważać zostawienie swojego dziecka w szpitalu? Wiele osób pytało mnie jak mogłam zostawić dziecko w szpitalu SAMO BEZ MAMY? Kto nie przeżył, nie zrozumie. Ja szanuję jeśli, ktoś podjął decyzję odmienną od mojej. Szanuję i podziwiam. Ja po prostu uciekłam. Uciekłam, bo widząc mamy, których porody zakończyły się szczęśliwie miałam ochotę wyskoczyć przez okno. Nie opuszczała mnie myśl: czemu ja nie mogę przeżywać takich chwil? Patrzyłam i zazdrościłam wszystkiego: nieudanych prób karmienia piersią, przerażenia jakie widziałam u świeżo upieczonych mam i tego wyrazu szczęścia na twarzy rodziców, który towarzyszył rodzicom przy każdym ruchu maleństwa. A ja... nie mogłam nawet go przytulić...

Nie ważne jaką decyzję podejmiesz. Ważne, żeby to była naprawdę Twoja decyzja. Ja nie wyobrażałam sobie spędzenia miesiąca w szpitalu. Z dala od męża. To muszę przyznać być ważny argument. Jakim prawem miałam go zostawić z tym samego? Przecież on to przeżywał tak samo ciężko. A do tego musiał codziennie wracać do pustego domu. Ja bym nie dała rady. A fakt, że mogłam wieczorem wtulić się w te silne ramiona dawał mi siłę, żeby iść do Maleństwa zawsze z uśmiechem na twarzy i pozytywnym nastawieniem. Wierzyłam, że idąc tam z takim nastawieniem sprawię, że wszystko się dobrze skończy.

Nie wiedziałam jak długo Krzyś będzie na OIOMie. Wiedziałam, że może tam być długie tygodnie. Stało się na szczęście inaczej. Ale tego nie wiedziałam podejmując decyzję o wyjściu. Wtedy wiedziałam tylko jak ciężko jest go odwiedzać na OIOMie. Nie tylko ze względu na jego stan zdrowia. Tu chodziło przede wszystkim o to, że nie mogłam być przy nim ani często, ani zbyt długo. Tam zawsze działo się coś i trzeba było wtedy wychodzić. Więc po co miałam być w szpitalu, jeśli jego mogłam widzieć góra pól godziny dziennie? Większość mam podejmowała decyzję podobną do mojej. Szczególnie te, których dzieci zaczynały od OIOMu. 

Co jeszcze jest ważne, żeby przetrwać ten okres? Ja starałam się złapać kontakt z pielęgniarkami i położnymi. W końcu to one opiekowały się moim maleństwem i mogły powiedzieć mi coś o nim. Oczywiście nie mówię tu o informacjach medycznych, bo od tego są lekarze. Ale takie zwykłe: jak on się dziś czuje, czy spał spokojnie w nocy, itp. Starałam zapamiętywać imiona pielęgniarek. Niektóre same się przedstawiały. To było miłe i budujące. Miałam ogromne szczęście. Bo w szpitalu gdzie rodziłam wszystkie pielęgniarki i położne były niesamowicie miłe i czułe. I to nie tylko w stosunku do dzieci. Widać było, że kochają swoją pracę i robią to z serca i zamiłowania. 

OIOM. Choć to zdecydowanie najgorszy czas, to nie będzie trwał wieki, Kiedy stan maleństwa zacznie się poprawiać lekarze będą podejmować decyzję o przeniesieniu dziecka pod grzałkę. Tzn. twoje maleństwo będzie leżeć w otwartym łóżeczku nad którym będzie włączona grzałka. Jeśli Twoje dziecko tam trafia to znaczy, że jego stan jest już stabilny. A lekarze chcą mieć jeszcze szybki dostęp do maleństwa. Tzn. w razie czego nie trzeba ściągać ubranek. Ale to już jest jeden krok bliżej domu. Twoje maleństwo wciąż ma wiele pobrań krwi i innych badań. Jednak już możesz trochę odetchnąć. Oczywiście zdarzają się powroty na OIOM. Mieliśmy ogromne szczęście, że nam się nie przytrafiło. Ale Ty nie myśl o tym teraz. Ciesz się chwilą. Musisz wierzyć, że już niebawem usłyszysz magiczne: "Na jutro proszę przynieść ubranka. Przenosimy do łóżeczka".

I tak właśnie zacznie się Wasz ostatni etap. U nas trwał on ok. 2 tygodni. Krzyś musiał się po prostu nauczyć koordynować oddychanie z ssaniem i połykaniem. To już jest etap gdzie będziesz wyręczać pielęgniarki. Będziesz mogła przewijać Maleństwo, karmić i co było dla mnie najprzyjemniejsze: przytulać i podnosić swoje dziecko bez pytania kogokolwiek o pozwolenie. Bo no cóż... do tej pory ktoś zawsze musiał Ci dziecko podać. Musiałaś zaangażować kogoś, żeby a to jakieś urządzenie wyłączył, a to coś podłączył, żebyś Ty mogła przytulić maleństwo. Od tego momentu to kiedy będziecie się przytulać będzie zależało od tylko Ciebie.

Oczywiście nadal pozostanie walka z urządzeniami. Moją i w sumie nie tylko moją zmorą był czujnik do pomiaru saturacji i pulsu. To ciągle wyło, piszczało i migało. Koszmar. Najgorsze, że wiele mam (ja oczywiście na początku również) myślą, że jeżeli to wyje to znaczy, że dziecko przestało oddychać. Bo przecież bezdechy spędzają sen z powiek rodziców wcześniaków. Te Maleństwa niestety mają tendencję do zapominania o oddychaniu. 

Moja rada: zanim zaczniecie wzywać pomocy spójrzcie na dziecko: jeśli jest różowe to znaczy, że oddycha. Jeśli jednak okaże się, że alarm nie jest fałszywy krzyczcie o pomoc, a w między czasie odwróćcie dziecko na brzuszek. Możecie trochę je poklepać po pleckach. Ale zazwyczaj jakikolwiek bodziec wystarczy, żeby mu się przypomniało o oddychaniu.

Pomyślicie co za głupia rada, przecież to oczywiste. Oczywiste jak się siedzi przed komputerem i czyta. Jak się siedzi na sali z taką arcykruszyną to człowiek głupieje i zapomina o wszystkim. Ja w pewnym momencie zaczęłam wyłączać to urządzenie na czas karmienia. Krzyś tak się wiercił, że zawsze się uruchamiało. A że mieliśmy ogromne szczęście, że bezdechy mu się nie zdarzały, to się nie bałam. Poza tym przecież  byliśmy coraz bliżej domu. A w domu takich urządzeń nie ma. Tak więc postanowiłam karmić go bez maszyn. 

Kolejna ważna rzecz: pamiętajcie, że Wy też musicie jeść. Ja miałam problem z organizacją czasu tak, żeby znaleźć czas na jedzenie. Każdą chwilę chciałam spędzać przy dziecku. Wiem, że ten problem miałam nie tylko ja. Wiele mam przychodziło rano, wychodziło wieczorem. W domu nie było czasu ani siły, żeby coś przygotować na następny dzień. Ale trzeba pamiętać o posiłkach, żeby mieć siłę. To na co teraz będziesz czekać to upragnione: "IDZIECIE DO DOMU".

8 komentarzy:

  1. KOMENTARZ DODANY PRZEZ GOOGLE+ przez Ewa Ostrowska

    Nie mow Ty nic o saturacji - poczatkowo zylam w blogiej nieswiadomosci i tak bylo lepiej. Stopniowo odkrywalam tajniki tych wszystkich urzdzen (Stefek poczatkowo mial podwojne pomiary). O ile serce raczej nie dawalo o sobie znac, chyba ze sie mlody zdenerwowal. O tyle saturacja dzwonila i wtedy za kazdym razem klucha w gardle i mysli ''oddychaj oddcyhaj''. Nie wazne, ze bylo na poziomie 80%, dla mnei wazne bylo ze dzwonilo...a gdy Stefkowi zdejmowan o cPap by cwiczyl oddychanie to dzwonilo czesto. Pesronel byl jednak bardzo prefesonalny i od razu potarfili wyczuc czy oddech wroci sam czy trzeba mu pomoc. Zwykle wystarczaly laskotki pod stopa. Dla mnie to byl ciezki etap a pielegniarki (byli rowniez chlopacy - wiekszosc personelu bardzo mloda) nie dawaly latwo za wygrano, podchodzily i szeptaly ''walcz...dasz rade..nie wyglupiaj sie, i co ja ci mam juz cPap zalozyc - nie nie kolego dzielny chlopak jestes''. Strasznie mnie to wszytsko wzruszalo, ich milosc i oddanie dla tych malcow.
    p.s. Nie wiem czy u nas mozna bylo zostac w szpitalu z dzieckiem. Dla mnie byloby to jednak nierealne - 2 miesiace. Poza tym mieszkamy 5 minut samochodem od szpitala.

    OdpowiedzUsuń
  2. KOMENTARZ DODANY PRZEZ GOOGLE+ przez Gibionkowa mama

    Pobyt dziecka w szpitalu to dla rodziców bardzo trudny czas. A gdy chodzi o takie maleństwo, to już zapewne jest mega trudny. Podziwiam, szanuję i wspieram, bo tylko tyle mogę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mieszkam we Francji, nie znam zbyt dobrze języka - zwłaszcza nie jego medycznych meandrów, więc było mi dość ciężko. W 24 tygodniu zaczęło mi rosnąć ciśnienie. Ginekolog natychmiast wysłał mnie do kardiologa, który przepisał mi leki na obniżenie ciśnienia i tak dotrwałam do 28tygodnia, w którym to, w Sylwestra 2014/2015 - wylądowałam w szpitalu, bo białko w moczu podniosło się zbyt dużo. Zdiagnozowano poważną preeclampsię. Na początku byłam w szpitalu w Cannes, pięć dni - na szczęście razem z mężem, to tutaj jest norma. Codziennie rano pobierano mi cztery fiolki krwi, żeby na bieżąco monitorować mój stan i próbować znaleźć równowagę pomiędzy moim zdrowiem a mijającymi tygodniami ciąży, każdy dzień był na wagę złota. Pod ktg byłam podpięta kilka razy dziennie na godzinę lub dłużej za każdym razem. Piątego dnia lekarze stwierdzili, że nasze dziecko może urodzić się dosłownie za moment, bo mój stan się pogarsza z dnia na dzień, a szpital w Cannes ma NICU tylko level 2, w związku z powyższym dostałam zastrzyki ze sterydów i przetransportowano mnie helikopterem do szpitala w Nicei. W Nicei kontynuacja - najpierw wylądowałam na Labor&Delivery, gdzie nawet kazano mi się przebrać w koszulę do rodzenia - ale po badaniu krwi i paru godzinach pod ktg i ciśnieniomierzem przeniesiono mnie do pokoju na patologię ciąży. W Nicei również mógł ze mną zostać mąż, pokoje na patologii ciąży są tylko i wyłącznie jednoosobowe z dodatkowym łóżkiem dla osoby towarzyszącej. W tym szpitalu lekarze przechylili szalę równowagi pomiędzy moim zdrowiem a tygodniami ciąży na korzyść naszego dziecka, aby miało jak największe szanse. W dalszym ciągu pobierano mi codziennie pomiędzy 4 a 6 fiolek krwi, a dnie spędzałam podłączona do ktg i ciśnieniomierza. Moje nerki i wątroba powoli były w coraz gorszym stanie, aż pewnego dnia po prostu prawie przestały funkcjonować. To był 31 tydzień i 5 dzień - i tego dnia podjęto decyzję o indukcji ciąży. Niestety, podczas pierwszych mocnych skurczy dostałam krwotoku, rytm serca naszego maleństwa nagle prawie, że zaczął zanikać, więc wylądowałam na stole operacyjnym, na cesarce, jak się okazało później, ratującej życie nie tylko mojemu maleństwu, ale i mi. Okazało się też, że do tego wszystkiego placenta zaczęła się odklejać. Łącznie spędziłam w szpitalach miesiąc. Mój synek, mimo, iż miał 10 punktów w skali Apgar, został od razu zabrany do NICU (neonatal intensive care unit) level 3. Leżał tam przez tydzień - był taki malutki, zaledwie 42cm i 1400gr. Po tygodniu wypisano mnie ze szpitala - nie miałam możliwości wyboru. Zaproponowano mi hotel niedaleko szpitala, w cenie 15 euro za dzień, ale wybraliśmy razem z mężem codzienne dojazdy. Na szczęście po tygodniu okazało się, że Loki (nasz synek) może już zostać przeniesiony na NICU level 2, a więc do szpitala w Cannes, który znajduje się zaledwie 10 minut drogi od naszego domu. W Cannes Loki leżał jeszcze miesiąc, a ja byłam u niego codziennie po sześć-siedem, czasami po dziesięć godzin. (Mąż musiał wrócić do pracy.) Miałam niesamowite wyrzuty sumienia, że zostawiam go tam samego, na szczęście rodzice mogli przychodzić o każdej porze dnia i nocy, a także dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Płakałam codziennie, kiedy nie byłam w NICU, nie potrafiłam zająć się czymkolwiek, miałam wyrzuty wychodząc z domu na spacer, zamiast do NICU. Teraz nasz synek jest już w domu, nareszcie i uczymy się siebie nawzajem :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za podzielenie się swoją historią. Wzruszyła mnie. Znam to poczucie winy, że Ty tu a on tam. Chociaż ja tego wyboru dokonałam sama.

      Usuń
  4. "Moją i w sumie nie tylko moją zmorą był czujnik do pomiaru saturacji i pulsu. To ciągle wyło, piszczało i migało" - miałam dokładnie tak samo, przez pierwsze tygodnie przy każdym piśnięciu wpadałam w panikę, sporo czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do tego, że Loki po prostu rusza się cały czas tak aktywnie, że czujnik się przesuwa, nie mierzy dokładnie itd itp :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez to wycie mój mąż czuł się tak źle na sali z Krzysiem, że widać było, że i dziecko od razu czuło jego obawy. Zaczynał się jeszcze bardziej wiercić a mąż jeszcze bardziej stresować i tak w kółko.

      Usuń
  5. U nas sytuacja z wypisem była prosta wypisali mnie bo byłam w innym szpitalu niż moje dziecko. Co do odwiedzin u nas był to ciężki okres bo starsza córka do popołudnia w żłobku wtedy spędzałam długie chwile w szpitalu, a po południu jeździłam z mężem na kąpiele, a starszą córcie odwoziliśmy do dziadków, mimo całej tej sytuacji była bardzo dzielna nie sprawiała kłopotu wiedziała, że mama z tatą jadą do siostry. Co do personelu u nas również każdy był bardzo życzliwy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzielna starsza siostra. To musiało być dla Ciebie trudne. Być tak oddzielnie od dziecka. I jednego i drugiego.

      Usuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.