poniedziałek, 29 września 2014

Nasza historia

Te dni będę chyba pamiętać do końca życia. Chociaż nie jestem do końca pewna czy chcę to pamiętać. Kiedy wracam myślami do tamtych chwil nie umiem przestać myśleć co by było gdyby... To chyba jakieś przekleństwo, bo wciąż mam łzy w oczach.



To był ostatni tydzień czerwca. Choć pogoda nie była plażowa postanowiliśmy odwiedzić rodziców. Pojechaliśmy, mimo że od kilku dni czułam się dziwnie. A raczej coś mnie niepokoiło. Nie zgłosiłam się do lekarza, bo co miałam mu powiedzieć? Ogólnie czuję się dobrze, tylko jestem jakaś niespokojna? Tak więc pojechaliśmy. Bawiliśmy się świetnie jednak w sobotę coś się zmieniło. Krzyś zaczął się poruszać inaczej niż zwykle. Czułam ruchy, chociaż rzadziej i inaczej. Jednak nie wiedziałam, że mogłam się z tym zgłosić do lekarza. Potem przyszła niedziela. Tego dnia nie czułam już ruchów. Bałam się nie na żarty, chociaż tak naprawdę nie przyjmowałam do wiadomości, że może stać się coś złego. Dlatego nie dzieląc się z rodzicami swoimi niepokojami, w drodze do domu postanowiliśmy zgłosić się na izbę przyjęć. Szczerze wierzyłam, że usłyszę, że histeryzuję, nic złego się nie dzieje i wrócę do domu. Stało się jednak inaczej. Lekarze postanowili zostawić mnie na obserwacji, bo zapisy tętna płodu na KTG były niepokojące. A jak się później okazało i z przepływami też się coś działo. Dostałam pierwszą dawkę sterydów, tak na wszelki wypadek.

Na początku miałam mieć KTG co 4 godziny, jednak pani doktor spojrzała na wyniki i przestraszona zadzwoniła do przełożonej. Wspólnie podjęły decyzję o prowadzeniu ciągłego zapisu przez całą noc. Każda taka nowinka powodowała, że coraz bardziej się bałam. Nie potrafiłam sobie tego poukładać w głowie. Dlaczego wszyscy robią wokół mnie takie zamieszanie? Dlaczego jestem dla nich trudnym przypadkiem? Co będzie dalej? Jedyne co mnie pocieszało to fakt, że serce Krzysia biło... Wsłuchiwałam się w odgłosy z KTG i słuchałam jak jego serce bije. Chyba bałam się, że jak przestanę słuchać to ono przestanie bić.

W nocy przybiegła do mnie pielęgniarka lub położna (nie wiem dokładnie) i zaczęła rzucać moim brzuchem. To było straszne. Wiedziałam, że robi tak bo coś złego się dzieje. A ja mogłam tylko leżeć i myśleć, bo o spaniu nie chciałam słyszeć. Później zabrali mnie jeszcze raz na usg, żeby posłuchać przepływów, z którymi też było coś nie tak. Kiedy wróciłam do sali wyłączyli mi dźwięk w KTG, żebym mogła zasnąć. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że potrzebuję zbierać siły na to co będzie dalej.

Zasnęłam... wydawało mi się, że spałam tylko chwilę. Był już ranek. Przyszła położna dała mi kolejną porcję sterydów. Coś do mnie mówiła, ale nie zakodowałam co i wyszła. Mąż był już w pracy. Ustaliliśmy, że skoro coś się dzieje z Krzysiem, to może warto, żeby wziął urlop i trochę zaczął przygotowywać nasze mieszkanie na pojawienie się naszego maleństwa. Bo oczywiście, jak chyba większość rodziców wcześniaków, byliśmy w proszku. Kiedy on rozmawiał z przełożonym do mnie wróciła położna i zapytała czy jestem przygotowana do operacji. Jeszcze nie rozumiałam co się dzieje... myślałam: co oni chcą mi teraz operować. Zupełnie nie chciałam myśleć, że Krzyś ma się narodzić tak wcześnie. A jednak... przyszła pani doktor i wyjaśniła mi, że muszą go ratować, bo ewidentnie coś się złego dzieje w moim brzuchu. I wtedy zaczęłam płakać. I tak płakałam, aż do wjazdu na salę operacyjną. Pielęgniarka, która mnie odprowadzała opowiadała mi historie o wcześniakach, które rosną zdrowo i szczęśliwie. Ja jej jednak nie słuchałam. Myślałam tylko o tym co się stało, co się dzieje. Próbowałam to jakoś sobie poukładać. Bez powodzenia.

W sali operacyjnej było strasznie tłoczno. Część personelu rozmawiała między sobą, niektórzy podchodzili do mnie. Zupełnie nie tak wyobrażałam sobie poród. Miało być intymnie. Miałam być ja, mąż i położna. Miałam przeżyć cud narodzin, a potem trzymać swoje maleństwo w ramionach. Stało się inaczej. Kiedy neonatolog zbierała wywiad pytałam czy będę go mogła potrzymać, czy będę mogła karmić piersią. Dała mi nadzieję mówiąc, że prawdopodobnie jest duży co daje dużą szansę. I miała rację był duży, jednak nie był wystarczająco silny.

Najdziwniejsze było znieczulenie miejscowe. Myślałam, że nic nie będę czuć. Jednak ja tylko nie czułam bólu. Ale czułam, że ktoś mi grzebie w brzuchu. A do tego cała drżałam. Miałam takie drgawki, że zdziwiło mnie, że lekarze byli w stanie mnie operować. Ale podobno to zupełnie normalne.

Cała operacja trwała około pół godziny. Kiedy tylko mnie rozcięli lekarz od razu powiedziała, że to było odklejone łożysko. Potem wszystko się działo jakby w czyimś innym życiu, na pewno nie w moim. Ktoś powiedział: "Proszę państwa mamy 9:02. Syn". Nie do końca wiedziałam co to oznacza. Czy Krzyś się już urodził? Czemu nie płacze? Dlaczego nie niosą go do mnie? Czemu nikt nic nie mówi? Wszyscy kręcili się tylko wokół Krzysia. Mój natłok myśli przerwała pani chirurg mówiąc: "Ale mi się ładnie zszyło".

Potem przewieźli mnie do sali pooperacyjnej, a Krzyś pojechał na OIOM. Musieli go tam zabrać. Dostał tylko 2 pkt. I chociaż w kolejnych minutach dochodziły kolejne w 6 minucie był intubowany. O tym się dowiedziałam się dużo później.

Na sali pooperacyjnej spędziłam 4 godziny. Na szczęście mogłam dzwonić, więc dzwoniłam do wszystkich, żeby jakoś przetrwać. I chociaż wszystkim opowiadałam co się stało, to zupełnie nie mogłam uwierzyć, że to się wszystko dzieje naprawdę.

Ale stało się. Tak właśnie przedwcześnie, w 30 tygodniu, w zamartwicy wewnątrzmacicznej urodził się Krzyś. Rozpoczął swoje życie z trudnym startem.

38 komentarzy:

  1. Współczuję Ci bardzo. Mój poród wyglądał inaczej... Mój dwuletni wtedy synek gorączkował, ja byłam w 34tyg (choć według usg 32) ciąży. W nocy podniosłam się, żeby zmierzyć małemu temp i dostałam krwotoku. Wszystko trwało tak szybko...
    Znieczulenie miałam ogólne, byłam zaintubowana, straciłam dużo krwi, walczyłam także o własne życie... Córeczkę zobaczyłam po 38 godz, a w tym czasie zastanawiałam się, czy ze względu na mój ciężki stan, nie okłamują mnie, czy ona naprawdę żyję...
    Żyła i walczyła dzielnie... A dziś jest zdrową dziewczynką, jedynie trochę mniejszą i drobniejszą od rówieśników :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bo za większością historii o wcześniakach kryje się tragedia. Mi powiedziano, że gdybym zgłosiła się następnego dnia. On by już nie żył a ja bym walczyła o własne życie. Dobrze, że Wam się udało i dużo zdrówka życzę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nas od tragedii dzieliło... 7 min.
    Życzę Wam dużo zdrowia, szczególnie dla Maluszka, sił i wiary w lepsze jutro. Łucja mimo tego, że wiele przeszła dziś jest zdrowa i rozwija się świetnie i tego też Wam życzę :-*

    OdpowiedzUsuń
  4. Nas od tragedii dzieliło 7min według lekarzy. 7min ... to bardzo niewiele. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Chociaż wiadomo początki były trudne... bardzo trudne... wada serduszka, wylew dokomorowy, dwie transfuzje krwi i wiele innych problemów... Ale udało się i dziś cieszę się zdrową córeczką. Tego samego Wam życzę, aby pomimo trudności i problemów, wszystko skończyło się dobrze.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. KOMENTARZ DODANY PRZEZ GOOGLE+ przez Mari i
    :
    W czasie ciąży z mocno bijącym sercem czytałam takie historie. Teraz, kiedy urodziłam po terminie dalej jest to uczucie, że gdzieś kogoś to spotyka. Jesteś niesamowitą kobietą. Pozdrawiam Was ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  6. KOMENTARZ DODANY PRZEZ GOOGLE+ przez Agnieszka Puk
    :
    Twoją, właściwie to Waszą, jak i Wam podobne historie czytam ze łzami w oczach i wielką gumą w gardle. Blisko 5 lat temu spotkało mnie coś podobnego. Pozdrawiam Was serdecznie jako mama bliźniąt z 28 tygodnia.

    OdpowiedzUsuń
  7. KOMENTARZ DODANY PRZEZ GOOGLE+ przez Agata Adamczewska

    Wasza historia jest bardzo poruszająca. Dobrze, że wszystko zakończyło się szczęśliwie.

    OdpowiedzUsuń
  8. KOMENTARZ DODANY PRZEZ GOOGLE+ przez Małgorzata Berendzik

    Witaj, doskonale rozumiem to, co przeżywałaś. Też jestem mamą wcześniaka, który choć niby rodzony w 36 tygodniu, to z dystrofią (wg obliczeń lekarzy około 4 tygodni mniej) i ważył 1630g / 41 cm, APG 6/7. Spędziliśmy w szpitalu 3 tygodnie, bałam się, że będzie coś nie tak, ale nie. Już na pierwsze urodziny było wiadomo, że Franek w pełni dogonił rówieśników i się dobrze rozwija. Teraz ma już 7 lat i poza niekoniecznie wielkim wzrostem (ale my z mężem też nie jesteśmy wysocy) nic go nie wyróżnia z tłumu rówieśników. Życzę Wam dużo zdrowia i przesyłam uściski dla Krzysia.
    A teraz zmykam dalej czytać o Was, o Waszej historii.
    Pozdrawiam,

    Gosia

    OdpowiedzUsuń
  9. KOMENTARZ DODANY PRZEZ GOOGLE+ przez Siello s

    Czytam blog i przypominam sobie swoją historię.Jakbym czytała swoje uczucia o planie porodu i wyobrażenie o nim,o tym jak rodzę jak cieszymy sie z meżem z narodzin córeczki.Niestety w 35 tygodniu zaczęło skakać mi cisnienie zadzwoniłam do ginekologa,ale zbagatelizował to kazał poobserwować jeszcze przez dobę to cisnienie,niestety rano był krwotok,pogotowie,narkoza i obudziłam sie czując że mam pusty brzuch ,czując pustkę i słysząc że jest dziewczynka 1780 gram 7 punktów Apgarr.Tak poczucie winy przerażające obwinianie siebie,ze zbagatelizowałam to że innaczej odczuwam ruchy jakby cos jeździło mi po brzuchu z góry na dół,w nocy straszny niepokój,non stop oddawałam mocz,pulsowanie zamiast ruchów(tętnienie krwiaka) na łożysku jak sie okazało.Koszmarny pobyt w szpitalu bez oddziału neonatologicznego,nasczczescie córka oddychała samodzielnie,miała tylko bezdechy.Dzis jest zdrową dziewczynką,pełno jej wszędzie wulkanem energi.Ja przeszłam depresje poporodową straszną ,ale wyszłysmy na prostą.Dziękuję za ten blog,siedzę i ocieram łzy wzruszenia i dużo sił i zdrowia dla maluszków i rodziców wcześniaków i pamietajcie to niczyja wina,tak po prostu miało być.

    OdpowiedzUsuń
  10. KOMENTARZ DODANY PRZEZ GOOGLE+ przez Katarzyna Jamroży
    :
    Achhhh to prawie moja historia... 29 tydzień, Aliszka ma teraz 7,5 miesiąca urodzeniowo ale jest dużo mniejsza niż Krzyś. Teraz dopiero waży 6kg i mierzy 62 cm :-) No i mnie wzięli na stół zaraz po przyjeździe na ktg... Teraz mogę się uśmiechać jak to piszę ale wtedy... Nawet nie płakałam, byłam w takim szoku, że wszystkie uczucia mi się zablokowały. Nie było czasu na nic, żaden surfaktant i inne cuda. Lekarz powiedział wyjmujemy teraz bo za chwilę juz nie będzie kogo. 950 gram (mniej niż torebka cukru ;-)) i tylko 3 punkty.
    Jednak szybko się zapomina gdy maluch dobrze się rozwija jest radosny i wszystko jest w porządku :-) 

    OdpowiedzUsuń
  11. KOMENTARZ DODANY PRZEZ GOOGLE+ przez Rozalia Wilczewska

    Ja wprawsze urodziłam w terminie, ale życie mojego syna było zagrożone z tego samego powodu - odklejające się łożysko. trafiłam do szpitala w ostatniej chwili, akcja była tak szybka, że w przeciagu 40 min od przyjazdu do szpitala Tomuś był już na świecie. Dokładnie wiem co przeżyłaś, ale najważniejsze, że nasi chłopcy sa teraz z nami i są zdrowi !! :) zapraszam do Tomusia :) www.rzorza.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  12. KOMENTARZ DODANY PRZEZ GOOGLE+ przez Ewa Ostrowska

    Az wspomnienia wrocily. Ja urodzilam w 28 tc naturalnie - 1144 gr i 37 cm szczescia, puntkow 7, zaintubowany 48h, w inkubatorze miesiac...na Intesynwej Terapii 64 dni. Teraz Stefano ma prawie 2,5 roku i jest niezwykle upartym chlopcem :) Pozdrawiam serdecznie!

    http://kartkazkalendarza.blogspot.it/

    OdpowiedzUsuń
  13. Bardzo CI współczuję. Rozumiem, jaki przeżyłaś stres. Poryczałąm się tu u Ciebie, jak głupia. Mój synek urodził się z 5 punktami, ale to o niebo lepiej niż u Ciebie. Trzymam kciuki teraz za Ciebie i Krzysia:) Gorąco pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcześniaki to silne bestie z ogromną wolą życia.

      Usuń
  14. Dziękuję za odwiedziny, Przeczytałam jednym tchem Twoją historię, oczy mi się szkliły...dramatyczne chwile, dobrze, że udało się Krzysia wyratować.
    Znam ten strach, urodziłam jednego wcześnieka, w 36 tc, tyle, ze u nas można rzec w porównaniu do Waszych przeżyć, to nie było praktycznie w ogóle dramaturgii, Maluch nasz miał objawy wcześniacze, ale chyba tylko te najdelikatniejsze. Być może to też zasługa personelu, bo w całym naszym zaskoczeniu nagłym porodem, nie zdążyłam się zdenerwować całą sytuacją. Ten strach poczułam w kolejnej ciąży, kiedy praktycznie od samego jej początku trzeba było ją podtrzymywać - ten paraliżujący strach zaglądał mi w oczy każdego dnia..
    Dobrze, że trafiliście też na odpowiedni szpital i personel - to jest takie ważne!!
    Zyczę powodzenia w dalszym dążeniu do celu :) I gratuluje ślicznego Synka.

    OdpowiedzUsuń
  15. Czytam i sama drżę, bo wiem jak to jest bać się w ciąży...
    Ja bałam się pod koniec pierwszej ciąży, że stracę synka, ale wszystko dobrze się skończyło. W kolejnych ciążach też lekko nie było, ale teraz mam zdrowe, kochane dzieci.
    Dobrze czytać, że mały się fajnie rozwija. Będzie dobrze :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz też już wiem, że będzie dobrze.

      Usuń
  16. Jejku ale przeżycie... Ja miałam "normalne" porody. Nie wiem co musialaś w tej chwili czuć ale strach o dziecko napewno ogromny!
    Dobrze,że się zgłosiliście i lekarze dokonali cięcia.
    Niestety znam przypadek który skończył się niestety źle :-\
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę o tym co przeżywaliśmy pisałam tutaj http://wczesniakicodalej.blogspot.com/2014/10/pierwsze-spotkanie_5.html

      Usuń
  17. Tez mam wcześniaka, ale z 35 tygodnia. Akurat byłam w szpitalu i po ponownym skarżeniu się na silne bóle i skurcze zrobiono mi KTG, którego zapis nie był w normie,. OD razu wylądowałam na sali operacyjnej. Syn urodził się w zamartwicy, dostał 2 punkty. Teraz ma prawie 17 miesięcy i bryka aż miło :)

    Poprzednią ciążę straciłam rok wcześniej - syn zmarł w 32 tygodniu ciąży

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi mówili, że dzieci z zamartwicy najczęściej dzielą się na dwie kategorie, albo są naprawdę chore, albo niesamowicie mądre.
      Bardzo współczuję śmierci dziecka.

      Usuń
  18. Czytając Twoją historię jak bumerang powróciły moje wspomnienia, a oczy wypełniły się łzami. Pamiętaj jak o 6 rano położna na KTG rzucała moim brzuchem i mamrotała, że co śpi takie markotne dziecię, jak podczas USG przepływów, lekarka robiąca zadzwoniła po drugiego lekarza by się skonsultować i jak z wynikami weszłam do gabinetu zabiegowego, a tam słowa ordynatora "Rozwiązanie ciąży na tym etapie", a potem jak w filmie wszystko się działo i to akcja 3 razy przyspieszona, kroplówka, cewnik, jazda na salę operacyjną, zastrzyk, cięcie i jest ona najmniejsza pośród maluczkich nasza Calineczka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To taki film, w którym człowiek nie chce grać pierwszej roli.

      Usuń
  19. Przeszedł mnie dreszcz czytajac to :(
    U nas tylko 5 tygodni szybciej i z zupełnie innych powodów ale strasznie wczuwam się w takie historie... czuję jakbym to była ja. A myślałam,że mnie to nie dotyczy,że jeszcze urodzę grubo po terminie i swojego dziecka w rurkach i inkubatorze nigdy nie zobaczę. O ja naiwna... To była szkoła życia....

    Dużo Zdrówka dla Krzysia :* :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby nigdy więcej nie przyszło nam brać tej lekcji ponownie.

      Usuń
  20. Czytam i post i wszystkie komentarze i się stresuję, będąc w 31 tygodniu ciąży. Ciąża to piękny czas, niezaprzeczalnie, ale też jest to czas ogromnego strachu i niepewności. Tylko matka może zrozumieć co czuje inna matka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Twojej sytuacji to nic dziwnego, że się stresujesz. Jednak jeśli dotrwałaś już do 31 tygodnia, to czemu dalej miało by się nie udać? Zasługujecie na szczęśliwe zakończenie i tego Wam życzę.

      Usuń
  21. Cesarka, nawet planowana, jest ciężkim przeżyciem. Ważne, że to już za Wami i, jak mówiłaś na Naradzie Rodzinnej, wszystko idzie w dobrym kierunku :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Przeczytałam Twój wpis dopiero dziś, mimo że inne czytam na bieżąco. Mój syn jest z 25tc. Teraz ma 20 mies. Żyjemy w ciągłym biegu, od lekarza do lekarza, wiecznie coś. I dziś czytając Twoje się przypomniał mi się moja historia. Po raz pierwszy wróciłam tak głęboko do tych wspomnień... wspomnień szczęśliwych bo Karol żyje i ma się całkiem niezle jak na skrajnego Wczesniaka, ale jednak przeważają wspomnienia smutne, bo to nie tak wszystko miało być...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale Cię rozumiem. Jak każda mama wcześniaka - rozumiem.

      Usuń
  23. Mnie spotkalo cos takiego pod koniec maja 2015r. Z tym, ze ciaza przerwana w 26 tyg. Prawda jest, ze ktos, kto nie przezyl czegos takiego nawet w najmniejszym stopniu nie ma pojecia o tym uczuciu, jakie panuje w rodzicach a przede wszystkim mamach... Mimo bolu, strachu, oceanu lez, zlosci, gniewu, rozczarowania, obawy, ogromnej milosci,walki moja coreczka jest zdrowa i zyje. Chciala zyc. Nadganiamy rehabilitacja te roznice. Bog mi jej nie zabral, jak inne dzieci swoim rodzicom. Za duzo wspomnien. Do dzis na sama mysl o Nas i o tych dzieciaczkach juz u Aniolkow serce peka a grochy lez splywaja po policzkach. Nie zycze nikomu takiego bagazu doswiadczen, ktore niesc sie bedzie do konca zycia. Moja pierwsza ciaza (26 lat jak rodzilam) i wielki strach przed daniem rodzenstwa coreczce.
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przed Wami wiele radości. A co do rodzeństwa - to też Cię doskonale rozumiem. Pisałam nawet o tym kiedyś http://www.wczesniakicodalej.pl/2015/04/to-kiedy-nastepne.html

      Usuń
  24. Witam! Dziś jest 20 stycznia 2017 r. Czytam te wszystkie historie i wracam myślami do swoich przeżyć, które skryły się gdzieś głęboko w moim sercu. 4 lutego moja Gabrysia skończy 12 lat, aż trudno uwierzyć, że to już 12 lat minęło, gdy przyszła na świat w 27 tygodniu ciąży przez cesarskie cięcie z wagą niewiele ponad kilogram ... . Życzę wszystkim rodzicom wcześniaczków dużo wytrwałości, miłości dla swoich maleństw i wiary ... wiary w to lepsze jutro. Pozdrawiam wszystkich bardzo gorąco mama Gabrysi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi po 3 latach czasem ciężko uwierzyć, że on był taki maleńki... Dużo zdrówka dla Was.

      Usuń
  25. Ja pojechałam urodzić wyczekanego synusia. W trakcie ktg skurcze i odklejenie łożyska. Mimo cc w ekspresowym czasie, bo w ciągu 10 min od zdarzenia Oluś był na świecie.. Zmarł po 2h39min, a ja? W totalnej rozsypce.. Ciągle. I ciągle szukam odpowiedzi na pytanie dlaczego to My.. Dlaczego mój Synek.. Waszemu życzę dużo siły. Nasz nie miał woli walki o życie.. Tak nam powiedziała Pani doktor, która płacząc reanimowala Go cztery razy, bo mąż ją o to błagal. Czuje okropna pustkę i tęsknotę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy niesie swój bagaż doświadczeń. Nie będę pisała, że wiem co czujesz, bo nie wiem. Mogę tylko uwierzyć, że jesteś w rozsypce, bo jak w takiej sytuacji nie być. Ja wiem tylko, że jest ciężko, kiedy cud narodzin nie wygląda tak jak sobie to zaplanowaliśmy. Życzę Ci dużo siły i wiary w to, że kiedyś będzie łatwiej.
      Dziękuję, że się tutaj pojawiłaś.

      Usuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz.